HARRY
Thomas zachowywał się czasami jakby był durną pałą. Potrafił zadawać to samo pytanie kilka lub kilkanaście razy tak, jakby jedna odpowiedź mu nie starczała. Jakby przetwarzał te same odpowiedzi raz za razem tworząc z nich w kółko inną historię, co nie było dla mnie zbyt logiczne. Nie rozumiałem jego toku myślenia. Zdecydowanie za bardzo filozofował.
Kiedy po raz kolejny zapytał mnie: „Ale dlaczego musisz brać ze sobą osobę towarzyszącą? To tylko urodziny babci!”
„Bo tak!” - odpowiadałem za każdym razem i wydaję mi się, że powinno być to wystarczające. Ale ewidentnie nie dla niego.
-Sprecyzuj człowieku, SPRECYZUJ!
Wzdychnąłem tak głęboko, że kosmyk mojej grzywki poruszył się w górę, żeby ponownie opaść w dół. Zdecydowanie potrzebuję strzyżenia.
-To długa historia.
-Spieszysz się gdzieś? - zapytał, dorównując mi kroku.
Przemierzaliśmy właśnie aleje Franklina, nie mam pojęcia w jakim dokładnie celu.
-Jest sobotni wieczór więc cóż, może?
-Jesteś starym zgredem, naucz się stabilnego życia.
-Jeśli już o tym mowa, to właśnie dlatego muszę kogoś zabrać. A już najlepiej, gdyby była moją narzeczoną. - skwitowałem, a on spojrzał na mnie jakbym mówił w innym języku.
-O, brachu. W twoim przypadku jeszcze długa droga do narzeczeństwa. - poklepał mnie po plecach, mając w zasadzie rację. - Jeśli w ogóle kiedykolwiek do tego dojdzie.
-Ja to wiem, ale nie mam sumienia złamać serca babci.
On spojrzał na mnie kiwając głową i czekał. Nie do końca wiem na no.
-Powiesz coś więcej czy będziesz tak zostawiał wypowiedzi bez dokończenia?
-Chodzi o to, że babcia zawsze miała co do mnie wielkie plany. Byłem jej ulubieńcem.
-Ty? - zakpił. - Zadaję sobie pytanie dlaczego, ale dobrze, mów dalej.
-Zawsze powtarzała, że jestem złotym chłopcem i będę idealnym mężem i ojcem. No i kiedy byłem nastolatkiem zawarliśmy taki pakt.
-To będzie interesujące.
-Miałem się hajtnąć do trzydziestki.
Thomas spojrzał na mnie tak, jakby zastanawiał się czy mówię poważnie, a po chwili wybuchnął śmiechem.
-O czym ty kurwa mówisz stary? Co ty miałeś w głowie?
-Jak widać niewiele skoro się na to zgodziłem, i dzięki tak poza tym, miałeś być wyrozumiały!
-Nie da się być wyrozumiałym w tej sytuacji. No i co teraz zrobisz?
-A wyglądam jakbym miał jakiś pomysł? - zapytałem z pretensjami.
-Nie, ale to akurat żadna nowość. Może nie jedź?
-Tak, to naprawdę złota myśl. Ominę osiemdziesiąte urodziny babci.
-Hm, masz rację… To zbyt ładna liczba. - zastanawiał się jeszcze chwilę. - To nie wiem, odezwij się do którejś ze swoich byłych. Może Amber?
-Nie… Ma zrobione cycki. To nie przejdzie.
-Hm… Kimberly?
-Królowa orgii? Zwariowałeś?
-Missy?
-Ładny uśmiech ale koszmarny charakter.
-To może Heather?
-Heather byłaby w porządku, ale nakryła mnie w łóżku z Missy, więc…
-Brak mi słów. Co ty robisz ze swoim życiem?
-Dobre pytanie. Przynajmniej bzykam panienki, a co ty robisz ze swoim życiem jaskiniowcu? - prychnąłem, bo co jak co, ale mój przyjaciel jest ostatnią osobą, żeby mnie pouczać.
-Spełniam się w innych dziedzinach, wiesz? - odpowiedział, po czym skręcił w lewą stronę do drzwi z napisem COFFEE-BOOK SHOP. Zatrzymałem się mimowolnie.
-Żartujesz? Czego do cholery mamy szukać w księgarni w sobotni wieczór?
-Przyszedłem z zamiarem kupienia książki. - podszedł do mnie znów, patrząc dość poważnie.
-Książki? Ty w ogóle czytasz?
Westchnął, zerknął na mnie z dezaprobatą i potrząsnął głową.
-Wiesz co? Czasami zastanawiam się jakim cudem wciąż się z tobą przyjaźnie, skoro wiesz o mnie tyle co o twoim sąsiedzie Steven’ie spod siódemki.
-Hej! Steven jest w porządku, a ty dzięki mnie przynajmniej wyrywasz koleżanki lasek, które ja wyrywam.
-Tak. I często wychodzę na tym nie najlepiej.
-Nic nie poradzę, że te ładniejsza lgną akurat do mnie. - odpowiedziałem z uśmiechem.
-Taaa. Ładniejsze i głupsze. - oznajmił, po czym wszedł do pomieszczenia i gdybym nie był wystarczająco szybki, zatrzasnąłby mi drzwi przed samym nosem.
Co za frajer.
-Potrzebujesz porządnej dziewczyny, a nie królowej lafirynd. - mówił dalej, idąc obok mnie w nieznanym kierunku. - Powinna być skromna, inteligentna, miła, troskliwa, oczytana…
-Fuj.
-Najlepiej ktoś taki jak…
-Witam, witam! - jego długą aczkolwiek nudną gadkę przerwał damski głos znad lady.
-Leah! - odezwał się mój przyjaciel, pełen entuzjazmu.
W tej chwili patrzyłem na szczupłą szatynkę, z wielkim uśmiechem na ustach, odzianą w duży sweter w kolorze gówna. Zmarszczyłem aż brwi ze zdziwienia.
-Jak się podobała książka? - zapytała Leah, zerkając przed tym przez chwilę na mnie. Jej wzrok był tak samo zdziwiony i nieco zdystansowany jak mój. Zastanawiałem się dlaczego, skoro w porównaniu do niej byłem ubrany elegancko i schludnie. Ale coż, może właśnie dlatego.
-Świetna. - odpowiedział zadowolony. - Zaznaczyłem nawet mój ulubione cytat! - oznajmił, szukając czegoś w książce. Wcześniej nie zauważyłem, że ją trzyma. -„Bez uświadomienia sobie, kim jestem i w jakim celu istnieję, niepodobna żyć. A zgłębić tego nie mogę, stąd wniosek, że nie mogę żyć…” - zakończył, zamykając z impetem książkę.
Zabrzmiało groźnie. I nie zrozumiałem ani słowa.
O co tu kurwa chodzi?
-Też uwielbiam ten cytat!
-Chyba mam nowego ulubionego pisarza. - zagadał ją znowu, na co ta zareagowała jeszcze większym entuzjazmem.
-Tołstoj jest niesamowity! Przyniosę ci Sonatę Kreutzerowską. Koniecznie musisz przeczytać!
-Bardzo chętnie. - oznajmił i spojrzał na chwilę w innym kierunku. -Cześć Rosie. - powiedział już ciszej, podnosząc na chwilę rękę, żeby później mogła opaść bezwładnie w dół. Może mam zwidy, ale niech mnie kule biją, mój kompan się właśnie zarumienił.
Spojrzałem w kierunku Rosie, która bez słowa mu odmachała. Czarne włosy, ciemny makijaż i bluzka ze zdjęciem emo gości to pierwsze co wpadło mi w oczy na jej widok. Muszę przyznać, że wszyscy mają tu jakiś dziwny styl.
-To co zwykle? - zapytała nagle Leah, zerkając na mojego przyjaciela.
-Tak. - pokiwał głową, przecierając ręce. Był spocony. Zdecydowanie się onieśmielił. Byłem pewny, że leci na Rosie. Ciekawe czy z wzajemnością?
-A dla ciebie? - usłyszałem znów głos zza lady. Dziewczyna patrzyła na mnie bez większej emocji na twarzy, czekając niecierpliwie na moją odpowiedź.
-Też. - powiedziałem krótko, bo byłem zajęty układaniem w głowie pewnego planu.
-Czyli co? Nie widziałam cię tu wcześniej.
-Nie wiem. Coś mało skomplikowanego. Z dużą czcionką i obrazkami. - odpowiedziałem wymijająco.
-Chodziło jej o kawę. - zwrócił mi uwagę Thomas.
Popatrzyłem na niego jak na idiotę.
-Nie pijam kawy o tej godzinie. Macie coś mocniejszego?
-Tak. Amaretto. - odpowiedziała LEAH, na co pokiwałem głową.
-Świetnie.
Zdążyłem tylko zobaczyć jak chichocze, patrząc na mnie jak na idiotę, ale szczerze powiedziawszy miałem to gdzieś.
-Hej, wy dwie! - odezwałem się znów bez pytania. Obie dziewczyny spojrzały na mnie wyczekująco. - Macie jutro wolny wieczór?
-A dlaczego pytasz? - zapytała szatynka, marszcząc brwi. Śmiesznie przy tym wyglądała. Trochę jak wkurzona wiewiórka.
-Może wyskoczylibyśmy gdzieś we czwórkę? - uśmiechnąłem się szeroko. Thomas szarpnął mnie za ramię, pytając szeptem co robię.
-W zasadzie czemu nie. - odpowiedziała pierwsza Rosie, co ukoiło moją satysfakcję. Thomas chyba też się ucieszył. Choć patrząc po jego minie, nie byłem do końca pewny czy dotarła do niego ta informacja. Czasami musiał długo przetwarzać niektóre fakty.
-No nie wiem… - odezwała się tym razem wiewiórka. - W poniedziałek znowu do pracy, a ja muszę się wyspać i… - kontynuowała swoją nudną wymówkę, więc natychmiastowo jej przerwałem.
-Robisz coś innego poza pracą?
-Oczywiście. - wzruszyła nerwowo ramionami. - Robię mnóstwo rzeczy! - odpowiedziała dwa tony głośniej. Wyczułem irytację, więc wiadome było, że kłamała.
-W takim razie do zobaczenia jutro. O dziewiętnastej pod księgarnią. - zakończyłem monolog, odwróciłem się do nich plecami i skierowałem się w stronę stolika, czekając na swoje Amaretto.
Po chwili dołączył do mnie Thomas.
-Co ty do cholery knujesz?
-Sam mówiłeś, że potrzebuję porządnej dziewczyny. A ta wydaje się być oczytana i chyba mądra. Chociaż sam nie wiem czy ktokolwiek o wyższym ilorazie inteligencji ubiera na siebie takie brzydkie swetry.
-Nie miałem na myśli akurat jej! To dobra dziewczyna. A ty ją zniszczysz!
-Przestań. Nie jestem jakimś popaprańcem.
-Popaprańcem nie, ale błyskotliwością też nie grzeszysz. Zresztą jestem pewny, że i tak jesteś na przegranej pozycji.
-Bo? - zapytałem już zirytowany i nieco zmęczony całym tym cyrkiem.
-Powiem jedno słowo. AMARETTO.
*Amaretto - likier dodawany do drinków, kawy, czekolady i deserów. Raczej rzadko spożywany w pojedynkę.
***

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz