niedziela, 23 sierpnia 2020

Prologue

LEAH


Zawsze wiązałam swoje życie z książkami. Chciałam zostać pisarką, filozofką, recenzentką lub nawet bibliotekarką. Zamiast tego otrzymałam coś znacznie cenniejszego.

Swoją własną księgarnie. 

Odziedziczyłam ją po mojej babci, która była tak samo wielką miłośniczką książek jak ja.

Za jej czasów przybywało tu mnóstwo gości, którzy nie tylko kupowali książki, ale oddawali swoje stare wymieniając je na inne. Tym właśnie oto sposobem książka nigdy nie przestawała tracić na swojej wartości. 

Dziś wygląda to nieco inaczej. 

Powiedzmy sobie szczerze, Oakland to miasto umysłowych debili. Dodatkowo stale zabieganych, nie mających czasu na chwile relaksu i wyciszenia.

Musiałam więc zrobić coś, żeby księgarnia mojej babci przetrwała te trudne i nieco prymitywne czasy, dlatego wpadłam na pomysł połączenia czytania książek z piciem kawy, czego efektem powstała księgarnio-kawiarnio-biblioteka.

Księgarnio - ponieważ rzadko kiedy kupuje się tu książki.

Kawiarnio - ponieważ najczęściej pija się tu kawę.

Biblioteka - ponieważ rzeczywiście zdarzy się, iż jakiś zabiegany osiłek bądź osiłka zasiada do stolika ze swoim celem (filiżanką kawy) i nie mając w zasadzie nic ciekawego do roboty, bierze ze sobą książkę starając się sobie umilić ten znikomy czas. 

Pomimo, iż nie wzbogacam się na sprzedaży książek i zdecydowanie więcej zysków przynosi mi sprzedawanie kawy, to jednak w głębi duszy wiem, że pomysł biblioteki był naprawdę dobrym pomysłem.

Często zauważam, że klienci wracają, biorąc w dłoń tę samą książkę, którą czytali dnia poprzedniego, po poprzedniego lub po po poprzedniego. To znaczy, że chcąc nie chcąc wkręcili się w historię, którą sami sobie wybrali.

A to sprawia mi największą radość.

Z prowadzeniem tego jakby to ująć biznesu, pomaga mi moja przyjaciółka Rosie. Bardziej z niej miłośniczka rock’a i starych winylowych płyt, niż entuzjastka książek, ale jak to powiedział kiedyś Theodore Roosevelt - „Rób, co możesz, w miejscu, jakim jesteś i z tym, co masz”. 

I cóż, dzień 4 lipca był typowym sobotnim porankiem, jakich wiele w miesiącu. Poranny ruch wdawał się we znaki, a młodzi jak i starzy smakosze kawy wpadali na chwilę po odbiór swoich małych marzeń, pozbawiając nas tym samym jakichkolwiek szans na chwile przerwy. 

Ruch finalnie zmniejszył się pod wieczór czego efektem było natychmiastowe odsapnięcie po całym tygodniu pracy. 

I w zasadzie ten dzień nie różniłby się niczym innym od pozostałych, gdyby nie to, że 4 lipca był też pierwszym dniem, kiedy w moim życiu pojawił się ON.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz