sobota, 31 października 2020

Day 7

HARRY


Music on




O równej 7:00 podjechałem pod kamienice Leah. Mieliśmy wylot dokładnie za dwie godziny, co powodowało, że w Greenville powinniśmy być około godziny piętnastej. Przez całą drogę do niej, zastanawiałem się czy na pewno dobrze robię. Czy faktycznie warto wciągać ją w tą grę, która być może przyniesie za sobą jakieś konsekwencje?Westchnąłem głęboko, odpychając zgubne myśli. Będzie dobrze. Musi być dobrze.

Wyszedłem z samochodu z zamiarem wejścia na górę, aby pomóc jej z walizką. Na próżno, ponieważ ona stała już na dole, z walizką wielkości mojego bagażnika. Ale to nie ważne. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem ją w pomarańczowym, eleganckim garniturze, pofalowanych włosach i pełnym makijażu. Nie wiedziałem co powiedzieć.

-Co to jest!? - spojrzała na mnie wielkimi oczami. - Co to jest!!?? - zlustrowała mój ubiór, zapewne nie spodziewając się tak samo jak ja tego, co właśnie zobaczyła.

-Em… Pomyślałem, że będzie mi wygodnie.

-Wygodnie!? Zawsze jesteś ubrany totalnie antywygodnie, ale dzisiaj postawiłeś na wygodę? Wyglądam przy tobie głupio! - jęknęła przygnębiona. - Idę się przebrać.

-Nie! - pośpieszyłem się. - Wyglądasz bardzo pięknie, naprawdę. - zagwizdałem. - Fantastycznie wręcz.

-Wyjdę na idiotkę. Już nie mówiąc o reakcji twojej rodziny, ale pasażerowie samolotu pomyślą, że pomyliłam galę filmową ze zwykłym lotem. 

-Czym ty się w ogóle przejmujesz? Nie myśl o tym. Poza tym, będziesz wyglądała najładniej ze wszystkich! To naprawdę powód do zadowolenia. 

Wywróciła oczami, ale po jej natychmiastowym rozluźnieniu ciała, zauważyłem, że finalnie odpuściła. Spakowałem jej walizkę do bagażnika, pomrukując cicho pod nosem.

-Jezu, coś ty tam zabrała?

-Nie dyskutuj! - odpowiedziała, wsiadając do środka. Poszedłem za jej tropem.

-Nigdy nie poznałam rodziny żadnego chłopaka. 

-Tak… Zauważyłem. 

Zlekceważyła moją uwagę.

-Muszę być przygotowana na każdą okazję i ewentualność.

-Dobrze więc. W drogę?

Wzięła głęboki wdech i spokojny wydech.

-W drogę.


Lot nie był tak nużący, jak można się było spodziewać. Z niespokojną Leah przy boku, mam wrażenie, że emocje sięgały zenitu, więc nie było nudno, a czas leciał zaskakująco szybko. Raz za razem powtarzaliśmy historię naszego związku, najważniejsze fakty z mojego życia i detale, o które mogłaby zapytać moja rodzina. Wszystko było totalnym szaleństwem. 

-Myślę, że potrzebujesz kieliszka wina.

-Wina? Nie mogę być pijana na pierwszym spotkaniu z twoją rodziną. Postradałeś zmysły?

-Sądzę, że nie będziesz pijana po jednym kieliszku. - odpowiedziałem i obróciłem się, wołając stewardessę. - Można prosić kieliszek białego wina i szklaneczkę whisky z lodem?

-Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu. - odpowiedziała ładna blondynka, z olśniewającym uśmiechem. Zdążyłem zobaczyć jej kręcący tyłek, zanim Leah znów przemówiła.

-Piękny prawda?

-Tak. Bardzo apetyczny. - westchnąłem, uśmiechając się sam do siebie.

-Co? - zapytała. Otrząsnąłem się i spojrzałem na nią zagubiony.

-Co? 

-Mówiłam o widoku za oknem. Czasami naprawdę tracisz klasę. - odpowiedziała, i znów zaczęła wyliczać po cichu imiona członków mojej rodziny.

-Nie sądzisz, że cztery miesiące to trochę krótki okres czasu na nasz związek? - zapytałem, zastanawiając się nad tym już wczoraj.

-Nie!? Zrozum, że nie możemy być ze sobą przez rok. Po pierwsze, jak na mój gust byłoby to dziwne, że wspomniałeś o swojej partnerce dopiero w tym tygodniu, będąc z nią aż rok. Poza tym, nie wiemy o sobie aż tylu rzeczy, żeby można brać pod uwagę tak długi staż, obudź się Harry. Cztery miesiące to moim zdaniem i tak za dużo.

-Tak… Może masz rację. - zgodziłem się.

-Nie może, tylko mam. - pokręciła głową z dezaprobatą. Widziałem, że miała mnie już powoli dosyć, dlatego nie starałem się jej denerwować jeszcze bardziej. I tak już poświęciła dla mnie wystarczająco dużo.


Wylądowaliśmy z małym opóźnieniem przez duże turbulencje nad Tennessee. Leah przyjęła je nie najlepiej, ale zważywszy, że leciała wcześniej samolotem tylko raz, potrafiłem to zrozumieć i podałem pomocną dłoń, dzięki czemu potrzebowałabym natychmiastowo rentgena kości palców.

Na lotnisku przywitał nas mój ojciec. Uśmiechnąłem się na jego widok. Spojrzałem jeszcze na Leah, dodając jej otuchy, bo właśnie od tej pory był czas na to, by zacząć grę.

-Witaj ojcze! - podszedłem do niego, ściskając mocno. 

-Witaj synu. W końcu cię widzę po tak długim czasie. Boże, ale za tobą tęskniłem. Nie wspominając nawet o twojej matce.

-Wiem. Ja też bardzo za wami tęskniłem.

-A to pewnie Leah? - zapytał, zerkając teraz na szatynkę. 

-Tak jest proszę pana. - uśmiechnęła się pogodnie.

-Niech no cię uściskam. - powiedział i już po chwili trzymał ją w szczelnym uścisku. Ten uroczy obraz sprawił, że automatycznie uśmiech pojawił się również na mojej twarzy i przez chwilę wyobraziłem sobie, że to wszystko mogłoby być prawdziwe.

-Cieszę się, że w końcu mogę cię poznaję. Jesteś bardzo piękną dziewczyną. Mam nadzieję, że mój syn cię dobrze traktuje.

-Gdyby tak nie było, odprawiłabym go z kwitkiem. - zażartowała, ale na twarzy mojego ojca nie było widać uśmiechu. Oczywiście robił Leah w balona, i kiedy jej mina przybrała poważny wyraz twarzy, stary dobry William zaśmiał się głośno, biorąc ją pod ramię.

-Oczywiście, że tak moja droga. A potem zwrócisz się do mnie, a zrobię z nim porządek. 

Droga minęła nam głównie na drobnych opowieściach. Tata opowiadał co słychać w gospodarstwie, Leah opowiadała o swojej pracy, a ja opowiadałem o tym jak wspaniała jest Leah. Mój rodziciel zdążył wprowadzić Leah w nasze miasto, opowiadając jej historię niemalże każdego budynku, małego i dużego, który praktycznie stoi na tej ziemi. Śmiałem się pod nosem, natomiast u niej widziałem duże zainteresowanie. Szybko złapali wspólny język i chyba to mnie uświadczyło w fakcie, że Leah jest odpowiednią osobą, żeby tu ze mną być.

-A to jest nasz sklep. - tata zwolnił przy miejscu, które oboje tak znakomicie znamy. - Prowadzimy go od pokoleń. 

-Imponujące. - skomentowała Leah.

-Mam nadzieję, że po mnie również go ktoś przejmie. - zerknął na mnie z uśmiechem, ale wiem, że nie oczekiwał ode mnie, że tym kimś, będę ja. Tata nigdy nie kładł na nas nacisku odnośnie naszej przyszłości, co było naprawdę dobroduszne i jak najbardziej pocieszające.

-Odnowiłeś go trochę? - zapytałem, patrząc na nowy banner, trochę bardziej nowoczesny niż ten, który był dotychczas.

-Musiałem, bo niektórzy zaczęli postrzegać to miejsce jako muzeum. Ta dzisiejsza młodzież….Teraz wszystko musi błyszczeć i być „cool”. Prawda, Leah?

-Prawda. - zgodziła się. - Sama prowadzę księgarnie, więc doskonale pana rozumiem.

-Księgarnie? To musi być wyjątkowe miejsce. Chętnie je kiedyś odwiedzę.

-Zapraszam! Przy okazji poczęstuję pana kawą.

-No proszę… Dwie rzeczy, które najbardziej lubię w jednym. Dobra książka i kawa. Brzmi znakomicie.


Music on





Na miejsce dojechaliśmy za kwadrans siedemnasta. Wypakowaliśmy walizki, oddychając świeżym powietrzem. Musiałem przyznać, że wspaniale było wrócić do domu. Obserwowałem Leah, która z podziwem rozglądała się w około. Mam wrażenie, że spodziewała się czegoś innego, a to co zobaczyła, zaskoczyło ją, w dobrym tego słowa znaczeniu.

-Witamy w naszych skromnych progach. - powitał ją znów ojciec.

-Skromnych? - zaśmiała się. - To miejsce jest magiczne. Przepiękne.

-Cieszę się, że ci się podoba. - odpowiedziałem, dotykając jej pleców. Poprowadziłem nas do drzwi wejściowych, w których powitała nas mama.

-Synku! - krzyknęła radośnie, przytulając mnie przed kilkanaście kolejnych sekund. - Tak się cieszę, że jesteście. Jak minęła podróż?

-Bardzo dobrze. Chciałbym ci przedstawić Leah.

-Oh! Leah! Cudownie cię poznać. - szatynka rozpłynęła się w objęciach mamy, co było zresztą oczywistością. Kogokolwiek bym nie przyprowadził, zareagowałaby tak samo, bo pragnęła jedynie mojego szczęścia i uwielbiała kiedy ich odwiedzałem. 

-Panią również. Macie państwo wspaniały dom.

-Dziękuję skarbie, możesz mi mówić Sophie. Jestem taka szczęśliwa, że was widzę, chodźcie. Wszyscy już czekają przy stole.

I tak przez kolejne dwadzieścia minut spędziliśmy czas na uściskach, przedstawianiu, opowiadaniu o pierdołach, śmiechu i czułościach. Przy stole jak zwykle była masa ludzi, jak przy każdej możliwej okazji, o jakiej pamiętam. Zawsze spędzaliśmy razem przeróżne święta, urodziny czy wakacje. I po tylu latach nic się nie zmieniło. 

Leah siedziała obok mnie uśmiechnięta i obsypywana masą przeróżnych, na szczęście nieszkodliwych pytań. Odpowiadała na nie pewnie i uprzejmie, co jakiś czas na mnie zerkając. Byłem zdziwiony, że tak bardzo trzymała nerwy na wodzy i finalnie rozluźniła się na tyle, że czuła się naprawdę swobodnie. 

-Jestem taka zadowolona, że mój wnuczek znalazł sobie taką słodką dziewczynę. - odezwała się babcia, która siedziała na przeciwko Leah. - Jak długo jesteście ze sobą? 

-Cztery miesiące. - odpowiedziała, bez zająknięcia.

-Oh, wspaniale. Wiecie, że zanim wyszłam za mąż, znałam mojego przyszłego męża też cztery miesiące? 

-Mamo… - odezwał się tata, bo chyba zauważył, że znowu się zagalopowała.

-Cicho William’ie. Toż to prawda. Cztery miesiące to wystarczająco, żeby poznać drugą osobę. Pamiętasz co mi obiecałeś? - zerknęła tym razem na mnie tym swoim wzrokiem sędzi i już doskonale wiedziałem o co jej chodzi. 

-Tak pamiętam babciu.

-Wiesz, że obiecał mi, że zanim skończy trzydzieści lat to się ożeni? - babcia spojrzała na Leah, która z uśmiechem przełykała kolację.

-Tak, coś wspominał. 

-Ale z przykrością muszę wyznać, że chyba złamię naszą obietnicę.

-Spokojnie. Twoje trzydzieste urodziny dopiero za miesiąc. Poza tym mogę dać ci taryfę ulgową. Może oświadczyny?

Towarzystwo się głęboko zaśmiało.

-Babciu… - odezwała się tym razem Olivia. - Teraz ludzie nie biorą tak szybko ślubu.

-Właśnie. - wtrącił się Oliver. - My zaręczyliśmy się po trzech latach.

-Bo jesteś powolny jak ślimak w deszczu. Myślisz, że ja się z księżyca urwałam? Wiem, że teraz liczy się tylko kariera, seks i narkotyki… 

-Mówiłem ci? - szepnąłem do Leah, która chichotała pod nosem. O dziwo, słowa babci nie robiły na niej aż takiego wrażenia, a wręcz przeciwnie. Była rozbawiona tą sytuacją, co automatycznie sprawiło, że przestało mi być wstyd i sam poczułem ulgę. 

-Nie wszyscy biorą narkotyki, babciu. - zwrócił się do niej uśmiechnięty Alan.

-Wiem syneczku. - położyła dłonie na jego policzkach, ściskając je w rybkę. - Ty jesteś złotym chłopcem. 

-Nie podlizuj się! - zagaił do niego Noah, dając mu kuksańca w bok. 

-A czym zajmują się twoi rodzice, Leah? - zapytała tym razem moja mama. Przeżuwałem spokojnie jedzenie, aż nagle zaniemogłem. Nie miałem pojęcia czym zajmują się jej rodzice, bo nawet o to nie zapytałem. Jak mogłem popełnić tak beznadziejny błąd?

Leah odchrząknęła i uśmiechnęła się łagodnie.

-W zasadzie nie mam rodziców. Zostałam wychowana przez babcię. 

Jej odpowiedź mnie zamurowała. I gdyby w tym momencie nie zamurowało każdego w pomieszczeniu i wszyscy by patrzyli na mnie, a nie na Leah, jestem pewny, że poznaliby prawdę. Nie byłem w stanie powiedzieć ani słowa, a zaskoczenie na mojej twarzy było tak oczywiste, że nie sposób było go nie przeoczyć. 

-Oh, biedna dziecinko. - odparła babcia, patrząc na nią smutno. - Co się stało?

-Cóż. Moja mama opuściła nas jak miałam pięć lat, a tata zmarł niedługo później. Więc zostałam tylko ja i babcia, która niestety też odeszła dwa lata temu. 

-To takie smutne… - Charlotte obdarzyła Leah ciepłym, ale współczującym spojrzeniem, natomiast Olivia automatycznie złapała ją za dłoń. Zauważyłem, że jej oczy zabłyszczały. Zawsze tłumaczyłem sobie, że jest zanadto wrażliwa, ale uznałem, że jeśli szybko nie zmienimy tematu, moje oczy też zaczną błyszczeć. 

-W porządku. Nauczyłam się z tym żyć. - Leah rozluźniła atmosferę. - Odziedziczyłam po niej księgarnię i staram się z całych sił utrzymać o niej pamięć.

-To wspaniały gest. - oznajmił tata, uśmiechając się do niej z troską.

-A my jesteśmy tu po to, żeby cię wspierać. - mama wstała i pogładziła ją po plecach. - A tymczasem… Kto ma ochotę na deser?




Wieczór minął szybko, w ciepłej i pogodnej atmosferze. Letnie powietrze i zapach jeziora zdecydowanie sprzyjały rodzinnej aurze. Dziewczyny rozmawiały i popijały wino, a ja nadrobiłem zaległości z męską częścią rodziny. Wszyscy bardzo cieszyli się z widoku Leah i opowiadali o niej w samych superlatywach. 

Czas na sen przyszedł dopiero około pierwszej w nocy. Obydwoje byliśmy bardzo zmęczeni ale wydaję mi się, że pozytywnie zaskoczeni dzisiejszym dniem.

-Ładna piżamka. - skomentowałem, widząc Leah, jak wychodzi z łazienki.

-To koszula nocna. - poprawiła mnie, jak zwykle zresztą, co bawiło mnie za każdym razem. - Masz ładny pokój.

-Dzięki. Jak widzisz byłem zagorzałym fanem Guns N’ Roses. - wskazałem na nieco zniszczony już plakat zespołu wiszący na ścianie.

-To do ciebie pasuje. - skomentowała krótko.

Odchrząknąłem po chwili.

-Chcesz żebym spał na podłodze? 

-Em, to może być zły pomysł.

-Naprawdę? - zdziwiłem się.

-Oglądałam kiedyś film, jak para udaje, że są ze sobą i przyjeżdżają do jego rodziny i on sypia na podłodze, a później zawsze ktoś przychodzi i ogólnie jest z tym sporo roboty. 

Spojrzałem na nią rozbawiony.

-No co? Nic nie poradzę, że to historia niczym z filmu. To twoja zasługa.

-Okej, okej, ja nie mam nic przeciwko. - weszliśmy do łóżka, zakrywając się do połowy kołdrą. 

Siedzieliśmy bez słowa, wpatrując się w jakiś punkt na ścianie.

W końcu Leah spojrzała na mnie.

-Chyba nieźle nam dzisiaj poszło.

-Lepiej niż nieźle. - uśmiechnąłem się w jej stronę. - Było doskonale.

Pokiwała głową zadowolona.

-Przykro mi z powodu twojej rodziny. 

-W porządku.

-Dlaczego mi nie powiedziałaś?

-Bo nie pytałeś.

-To prawda. Jestem kretynem. Myślałem tylko o sobie.

-To nic. Teraz już wiesz i najlepiej zamknąć ten rozdział. 

Znów nastała cisza.

-Brakuje ci ich? - zerknąłem na nią z troską.

Przez chwilę milczała. Zamknęła na chwilę oczy, rozmyślając o czymś, o czym wiedziała tylko ona.

-Czasami słyszę śmiech mojej mamy. Czuję jej zapach. Pachniała wanilią i słońcem. Kojarzę też zapach cygara, trawy i męskiej wody kolońskiej. Mój tata był wspaniałym człowiekiem. Zachorował na raka płuc. Paskudna choroba. Ale był ze mną do końca. I zawsze będzie. 

-Myślę, że byłby z ciebie dumny. Jesteś wymarzoną córką.

-I szybko wpadam w przekręty. - spojrzała na mnie z pod byka. Oboje się roześmialiśmy. 

-To dlatego księgarnia jest dla ciebie tak ważna. 

-Tak. Chcę żeby dowiedziało się o niej całe Oakland. Z twoją zasługą oczywiście.

-Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby spełnić twoją prośbę. 

Po chwili usłyszeliśmy pukanie do drzwi.

-Mogę? - usłyszeliśmy głos mamy. Spojrzeliśmy na siebie znacząco. 

-Mówiłam? - odparła Leah. Szybko zbliżyliśmy się do siebie, a ja objąłem ją ramieniem. Nie do końca stwierdzam, że była to najbardziej oczywista i nieudawana poza, ale zauważając uśmiech mamy, gdy pojawiła się w progu, przynosząc jeszcze więcej ciepła i pogody ducha, uznałem, że uwierzyła w to co widzi.

 -Zmieniłam wam pościel i postawiłam świeczki gdybyście chcieli zrobić nastrój albo poczuć trochę… no wiecie. Intymności. - powiedziała zadowolona, na co się zaśmiałem.

-Dzięki mamo. To bardzo miłe z twojej strony.

-Chcę tylko powiedzieć, że naprawdę cieszę się, że tu jesteście i mam nadzieję, że będziesz się dobrze czuła w naszym domu, Leah.

-Bardzo dziękujemy. - odezwała się szatynka. - Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego powitania.

-W porządku. - mama kiwnęła głową. - W takim razie dobranoc.

-Dobranoc Sophie.

-Dobrej nocy mamo! 

Po jej zniknięciu, spędziliśmy w uścisku jeszcze kilka chwil.

W końcu Leah westchnęła.

-To było miłe.

-Tak. To było miłe.

I jeszcze nie wiedziałem czy chodziło nam o słowa i czyny mamy, czy o aspekt spędzenia w swoich ramionach tych kilku chwil. Miałem nadzieję, że kolejne dni przyniosą odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie znamy i uczucia bliskości, które dopiero poznamy.


***


czwartek, 29 października 2020

Day 6

LEAH


Music on





Tak naprawdę nie wiem co sobie myślałam, godząc się na wyjazd na drugi koniec kraju. Chyba chęć napisania własnego artykułu zawładnęła mną tak bardzo, że w tamtym momencie zgodziłabym się prawie na wszystko. Księgarnia babci zasługiwała na świetną recenzję i jeszcze lepszą reklamę. Nie mogłam więc przegapić takiej okazji. Poza tym to tylko jeden weekend. Cóż złego mogłoby się stać?

W pracy siedziałam do godziny szesnastej. Rosie nalegała, żebym zostawiła sprawy w jej rękach i przygotowała się na tę jak to powiedziała „niezapomnianą przygodę”. Nie wiem czy wyjazd do Karoliny Północnej do obcych ludzi miał okazać się do końca przygodą, a do tego niezapomnianą ale postanowiłam nie wyprowadzać jej z błędu. Zważywszy, że miała tu siedzieć przez cały weekend bez przerwy. Obiecałam sobie dać jej podwyżkę w tym miesiącu. Zdecydowanie na to zasługiwała. 

Harry przyjechał po mnie o umówionej porze i pojechaliśmy wprost do jego apartamentu na Diamond District. Nazwa tej dzielnicy mówi tylko jedno. Mój przyszły udawany chłopak ma kasy jak lodu. 

I nagle zaczęłam się zastanawiać czy to na pewno dobry pomysł odwiedzać jego rodzinę. Co jeśli są jakimiś nadętymi bogaczami, którzy używają trzech par sztućców do kolacji, kładą serwetkę na kolanach i popijają brandy w kryształowych kieliszkach?

-Czemu masz minę jakbyś trafiła do miasta zombie?

-Bo chyba trafiłam. - przełknęłam ślinę, oglądając zachwycający krajobraz za oknem. Każdy kolejny dom, który mijaliśmy był coraz ładniejszy i złapałam się na tym jak znienacka głęboko westchnęłam. Ukradkiem zobaczyłam tylko uśmiech na twarzy Harry’ego, któremu chyba bardzo podobał się mój zachwyt.

Dojechaliśmy pod ceglany budynek, a po wejściu do niego od razu co rzuciło mi się w oczy to pozłacane żyrandole i elegancka recepcja. Zmarszczyłam czoło, bo w mojej kamienicy nie działa nawet domofon, a winda zawodzi prawie za każdym razem gdy do niej wchodzę. Ale recepcja? Coś totalnie odjechanego. 

Harry przywitał się ze szczupłą, czarnowłosą, bardzo piękną kobietą, która stała za ladą. Z jej uśmiechem z łatwością mogłaby reklamować naprawdę dobrą pastę do zębów. Jadąc ekskluzywną windą poczułam nagłe zwątpienie. 

Co ja tu w ogóle robię?

-Witaj w moim mieszkaniu. - Harry otworzył drzwi magnetyczną kartą, zapraszając mnie do środka wnętrza, które zapierało dech w piersiach jeszcze bardziej niż recepcja. Było duże, przestronne, nowoczesne i w zasadzie nie brakowało mu absolutnie nic.

-Wow. - udało mi się wymsknąć. - To nie to czego się spodziewałam.

Zaśmiał się.

-A czego się spodziewałaś?

-Na pewno nie tak dużo bieli. 

-Myślałaś, że skoro mam czarną duszę, moje mieszkanie też będzie czarne?

-Nie sądzę, że masz czarną duszę. - znów zmarszczyłam czoło. - Ale tak. Przyznaję, że inaczej sobie to wyobrażałam.

Kiedy tak spacerowałam po mieszkaniu niczym błędna owca, on skierował się do kuchni. 

-Czego się napijesz? Mam pepsi, schłodzonego szampana, sok pomarańczowy…

-Wystarczy woda. - oznajmiłam, siadając przy kuchennej ladzie. Nalał wody do szklanego dzbanka, dorzucając do niej cytrynę i kilka plasterków ogórka.

Totalne szaleństwo.

 -Chcę ci tylko powiedzieć, że naprawdę jestem ci wdzięczny, że się zgodziłaś i dziękuję za to.

-Cóż. A ja mam nadzieję, że dobrze zrobiłam zgadzając się. 

-Zapewniam cię, że tak.

-Dobrze więc. - westchnęłam. - Opowiedz mi o twojej rodzinie.

-Moja mama Sophie i tata William są małżeństwem ponad trzydzieści lat i wciąż są znakomitą parą. Są bardzo ciepli i serdeczni. Nigdy nie pozwoliliby, żebyś czuła się zakłopotana albo wyobcowana. Zajmują się głównie gospodarstwem. Tata ma też swój sklep w centrum miasta. 

Kiwnęłam głową z ulgą.

-Mam też dwóch młodszych braci i siostrę. Alan jest studentem medycyny na Stanfordzie. Niesamowicie inteligentny gość. Jest jeszcze Noah. Wyluzowany, specyficzne poczucie humoru. Uwielbiam go. No i Olivia. Moja starsza siostrzyczka. Jest kopią mojej mamy. Wyrozumiała, towarzyska, opiekuńcza… Jej narzeczony Oscar też jest bardzo w porządku facetem. Zapewne przyjedzie też mój kuzyn Kyle, również z narzeczoną. Świetna para. Są bardzo zabawni i można na nich polegać w każdej kwestii.

-W takim razie zapowiada się bajkowo. - skomentowałam, będąc nieco zdziwiona, że jego rodzina jest tak bardzo idealna. Zastanawiałam się tylko ile w tym faktycznie prawdy.

-No a babcia? - zapytałam, bo to w końcu jej urodziny odbędą się w ten weekend.

-Babcia Elizabeth. Niesamowita kobieta. - uśmiechnął się na jej wspomnienie. -Bardzo szczera i otwarta. Czasem ma niewyparzony język ale na pewno ją polubisz.

-Ile twoich dziewczyn zapoznałeś z rodziną?

Spojrzał na mnie bez słowa jakby przez chwilę stracił kontakt z rzeczywistością. Nie wiem czy to dlatego bo było ich tak dużo czy w ogóle. 

-Tylko jedną. Rozstaliśmy się pięć lat temu kiedy postanowiłem się przeprowadzić do Oakland. 

-To właśnie przez to się rozstaliście? Przez twoją przeprowadzkę?

-Ona miała… trochę inne oczekiwania co do wspólnej przyszłości. Ja chciałem się wyrwać z rodzinnego domu, a ona nie wyobrażała sobie mieszkać w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi. - uśmiechnął się, jakby tak naprawdę ta historia była dla niego już dawno zapomniana i nieważna, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że rzeczywistość była trochę inna.

-To ciekawe. - skomentowałam. -I nie żałujesz swojej decyzji?

-Gdybym żałował, wróciłbym do Greenville. Tymczasem z perspektywy czasu patrząc na to czego się dorobiłem i w jakim miejscu teraz jestem, sądzę, że była to doskonała decyzja.

Kiwnęłam głową. Mam wrażenie, że Harry, którego poznałam pierwszego dnia to zupełnie inny Harry, który rozmawia ze mną w swoim mieszkaniu właśnie w tym momencie. Z dnia na dzień stał się jakiś dojrzalszy i dyplomatyczny. Nie wiedziałam czy mam się cieszyć z tego powodu czy wręcz przeciwnie, bo tak naprawdę nie mam pewności czy nie pokaże mi w końcu jeszcze innego wcielenia, które niekoniecznie mi się spodoba. 

Jak to powiedział kiedyś George Orwell „Człowiek jest nieskończenie podatny na formowanie”. Ale czy możliwe jest, żebyśmy oboje pod naporem biegu wydarzeń sformowali się tak bardzo, że pod koniec tej przygody nie poznamy się wcale? 


***


czwartek, 15 października 2020

Day 5

HARRY


Music on




Musiałem się wziąć w garść. Szczególnie po dzisiejszym telefonie babci. Kiedy usłyszałem jej ciepły, aczkolwiek donośny ton głosu zdałem sobie sprawę, że jestem życiowym nieudacznikiem, który nawet nie potrafi sobie znaleźć poczciwej kobiety. Wszystko by się zgadzało, bo od zawsze miałem problem w wybieraniu tych „właściwych”. Zazwyczaj wybierałem te niewłaściwe. A kiedy już miałem przy sobie dziewczynę, której nic nie można było zarzucić, często po prostu spierdoliłem sprawę. 

Rozmowa z babcią jak zawsze poprawiła mi humor. I choć po raz kolejny wysłuchałem historii o tym jak ludzie kilkadziesiąt lat temu byli bardziej stabilni emocjonalnie i stali w uczuciach, i że moi rodzice są już małżeństwem trzydzieści jeden lat i wciąż wiedzie im się znakomicie, to jednak za każdym razem chciałem słuchać tej historii, w nadziei, że wydarzy się jakiś cud. 

-Wiesz, Harry. Ludzie wcześniej byli bardziej stabilni emocjonalnie i stali w uczuciach. 

-To prawda babciu.

-Wiesz, twoi rodzice są już małżeństwem przeszło trzydzieści lat i wciąż wiedzie im się znakomicie. Kochają się tak samo jak wcześniej, a może nawet i bardziej. 

Uśmiechnąłem się do słuchawki.

-To prawdziwe szczęście, no nie?

-Absolutnie! No a ty synku, znalazłeś w końcu tą jedyną?

Westchnąłem.

-Zaraz skończysz trzydzieści lat, nie chciałabym, żebyś został starym kawalerem. Przecież wiesz, że największym prezentem na moje osiemdziesiąte urodziny byłoby twoje szczęście.

Tylko, że ja jestem szczęśliwy! Naprawdę jestem! I nie potrzebna mi do tego kobieta. Przynajmniej niekoniecznie na stałe. Ale tego postanowiłem nie mówić na głos.

-Wiem babciu.

-Więc powiedz. Masz kogoś?

Nastała chwila ciszy, a ja mimowolnie wstrzymałem powietrze w płucach.

-Tak się składa, że mam, tak.

-Oh!

-Ma na imię Leah. Wspaniała dziewczyna, polubisz ją. 

-Niech mnie kule biją, synek się zakochał!

Pomimo, że babcia lubiła przesadzać, to uśmiech na mojej twarzy pojawił się po raz kolejny w trakcie tej rozmowy. Choć dziwnie było usłyszeć te słowa, to jednak w środku mojego organizmu zrobiło się jakoś cieplej.

-Co więcej, poznasz ją. Już w tę sobotę.

Nie miałem pojęcia co wyprawiłem i dlaczego to powiedziałem, ale nie miałem innej możliwości. Musiałem zrobić wszystko, żeby przekonać Leah do mojego planu. W innym wypadku pozostało drugie, nieco mniej prognostyczne wyjście. Znaleźć jakąkolwiek inną Leah i zapłacić za jej milczenie. 

Cóż. Ewidentnie byłem w czarnej dupie.


Dokładnie o dziewiętnastej zero pięć podjechałem wraz z Thomas’em pod księgarnie. Miałem nadzieję, że w porze wieczornej nie będzie tu tylu ludzi co zazwyczaj i będę miał możliwość porozmawiania z Leah na spokojnie i tym razem bez nerwów i przeginania. Musiałem być miły i potulny. I zdecydowanie mniej szczery niż dotychczas. 

-To najgłupszy pomysł jaki udało ci się wymyślić, a było ich naprawdę masę - oznajmił Thomas, wysiadając z samochodu. Oparł się o dach i zerkał na mnie z wyrzutem. 

-Masz lepszy?

-Myślę, że każdy jest lepszy od tego.

-Dzięki za podzielenie się opinią ale to wyłącznie moja sprawa. 

-Tak, ale to ja cię z nią zapoznałem. Do jasnej ciasnej.

-No i? W takim razie będziesz współwinnym zagwarantowania jej świetnej zabawy, odmóżdżenia i wyrwania od tej monotonnej roboty, którą na codzień wykonuje.

-Nie zrozum mnie źle… - dogonił mnie, kiedy podążałem w stronę drzwi wejściowych. - Twoja rodzina jest super i napewno przyjmą ją znakomicie. Zapewne będą się też trochę dziwić, że taka dziewczyna jest z kimś takim jak ty… - spojrzałem na niego spod byka. - Ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że… Co jeśli się zakocha? - wypalił jak Filip z konopi.

-Jest to mało prawdopodobne. Przecież sam powiedziałeś, że taka dziewczyna jak ona raczej nie brałaby na poważnie kogoś takiego jak ja.

-Hej, nie obrażaj się, jestem twoim przyjacielem, muszę być z tobą szczery.

-Nie obrażam się, nie mam pięciu lat. Ale mam zamiar ci pokazać, że jesteś w błędzie a mój plan jest doskonały.

-Taaa… Nie mogę się doczekać.

Weszliśmy do księgarni na pełnym luzie. To znaczy, ja byłem trochę zdenerwowany, a to uczucie jest mi zazwyczaj obce ale uznałem to za dobry znak. Prognozy były zadowalające. 

-Leah! - zawołałem już w wejściu.

-O nie. - usłyszałem jej jęk. Obróciła się do Rosie, coś wymruczała i poszła na zaplecze. Niby taka bezproblemowa i idealna ale jednak ciężko się z nią porozumiewa. Może wcale nie jest taka odpowiednia jak myślałem. 

-Witaj kwiatuszku. - Thomas podszedł do lady, uśmiechając się potulnie do Rosie. Na jej policzkach pojawił się minimalny odcień różu. Uznałem, że powinienem być teraz gdzie indziej. 

I co to za tekst, tak w ogóle? 

-Mogę? - wykonałem ruch ręką, który oznaczał zapytanie o pozwolenie wejścia na zaplecze.

-Idź ale ja cię nie wpuściłam jak coś. - Rosie zmarszczyła czoło, zapewne mocno zastanawiając się, dlaczego jestem taki uparty. Szczerze powiedziawszy, gdybym nie znał swoich intencji, sam byłbym mocno zdziwiony. - I nie odpowiadam za twoje obrażenia.  

-Naturalnie. - uśmiechnąłem się i podążyłem w stronę bocznych drzwi. Leah tymczasem wykładała naczynia z olbrzymiej zmywarki, a ja zastanawiałem się dlaczego to też należy do jej obowiązków.

-Czemu nie zatrudnisz do tego ludzi? - zapytałem, opierając się o framugę. Ona mimowolnie się wyprostowała. Jej długie, proste włosy pofalowały w powietrzu, aby po chwili opaść na jej ramionach. Dmuchnęła w niesforny kosmyk, który zapodział się na jej twarzy i spojrzała na mnie ze swego rodzaju zmęczeniem, którego wcześniej u niej nie dostrzegałem.

-Bo lubię robić wszystko sama. 

Chciałem zadać pytanie, czy sama też doprowadza się do orgazmu, ale w ostatnim momencie uznałem, że byłoby to kompletnie nie na miejscu i znając życie nie osiągnąłbym tym nic, a ona wzięłaby jakieś ciężkie narzędzie, które miałaby aktualnie pod rękę i wywinęłaby mi nim w głowę.

-Czego chcesz? - rozluźniła ciało, ale po chwili jedna jej ręka skierowała się w stronę pleców. Dostrzegłem grymas na jej twarzy. 

-Wszystko w porządku? - podszedłem bliżej nieco zmartwiony, co zapewne było przejrzyście widoczne na mojej twarzy. Mam raczej ekspresyjną mimikę. 

-To nic. Więc…?

Westchnąłem ciężko. 

Czas to zrobić.

Najlepiej prosto z mostu.

-Jedź ze mną w podróż. 

Jej wzrok przeszywał mnie natarczywie. Zwęziła oczy, jakby starała się doszukać sensu mojej prośby. Bezskutecznie. 

-Nie mam czasu na te głupoty. - potrząsnęła głową i znów zabrała się do poprzedniej czynności.

-Ale ja mówię serio. Jedź ze mną.

-Gdzie mam z tobą jechać? 

-Do Karoliny Północnej.

Prychnęła.

-A co takiego jest w Karolinie Północnej, że miałoby mnie w jakikolwiek sposób przekonać do wycieczki w bóg wie jakim celu, do tego z nieznajomym, którego na dobrą sprawę nawet nieszczególnie lubię?

-Myślałem, że kwestię „lubię, nie lubię” mamy już za sobą.

Znów spojrzała na mnie wzrokiem węża.

-W porządku. - zacząłem. - Chodzi o to, że moja babcia ma w sobotę urodziny, a ja nie mogę tam przyjechać bez narzeczonej. Albo przynajmniej bez partnerki.

-Okej… W takim razie jesteś w czarnej dupie.

Pokiwałem głową. To była prawda.

-Więc?

-Co? - zapytała bez emocji.

-Pojedziesz ze mną?

-Nie! - tym razem podniosła ton. - Jesteś strasznie dziwny. Kto w ogóle wpada na takie coś? To chyba najgorszy pomysł jaki kiedykolwiek słyszałam.

-Mówiłem! - usłyszeliśmy głos Thomas’a. Skrzywiłem się. Zdecydowanie muszę mu później podziękować za wsparcie.

-Proszę cię. Bardzo mi na tym zależy! To niemalże sprawa życia i śmierci.

Zaśmiała się.

-A kto umrze jeśli przyjedziesz bez narzeczonej? Twoja babcia?

Spojrzałem na nią smutnym wzrokiem. Udawanym oczywiście.

-Ogarnij się. - powiedziała po chwili, ale zauważyłem, że jej wyraz twarzy nieco złagodniał.

-Dlaczego nie chcesz mi pomóc? 

-A dlaczego miałabym ci pomagać?! To niedorzeczne. 

-Proszę! To tylko jeden weekend.

-Nie, nie i po raz kolejny NIE. - wzruszyła ramionami. - Poza tym nawet jeśli faktycznie bym pojechała, chociaż wcale tego nie zrobię, sądzę, że twoja rodzina jest o wiele bardziej spostrzegawcza niż ty, bo to akurat nie jest zbyt trudne i szybko by się zorientowała, że nie mamy ze sobą nic wspólnego, a tym bardziej, że jesteśmy parą.

-Nie domyślą się. Jestem dobrym aktorem. Nawet nie musisz się za bardzo starać! Wystarczy, że będziesz.

-Nie masz przypadkiem miliona innych dziewczyn, które wolałbyś zabrać?

-W tym rzecz, że nie. Ty nadajesz się zdecydowanie najbardziej.

-Ah! Nadaję się! - znów się zaśmiała.

Znów sarkastycznie.

-Czyli mam rozumieć, że masz przygotowane jakieś surowe kryterium cech osoby, która będzie miała zaszczyt poznać twoją rodzinę?

-A ty zabrałabyś do rodziny byle kogo?

Nastąpiła chwila ciszy.

-Oczywiście, że nie.

-No właśnie o tym mówię. Zrób sobie trochę wolnego. To tylko jeden weekend. Zabiorę cię w piękne miejsce, gdzie naprawdę odpoczniesz, zrelaksujesz się… Będziesz naprawdę zadowolona. Należy ci się chwila przerwy i zabawy.

-To prawda… - zgodziła się ze mną. - Ale ty mnie nawet nie znasz! A ja nie potrafię kłamać.

-Nie będziesz musiała kłamać. Przecież nikt cię nie zapyta: HEJ, JESTEŚ W ZWIĄZKU Z HARRY’M? Rozumiesz? To już będzie z góry założone. Kilka kwestii sobie uzgodnimy, poćwiczymy i będzie cholernie zajebiście.

-Czy ty siebie słyszysz? Nic o tobie nie wiem! Ile masz lat, gdzie mieszkasz, co robisz…- zaczerpnęła tchu, po czym spojrzała na mnie poważnie. - Czym ty się w ogóle zajmujesz?

-Jestem redaktorem naczelnym magazynu Oakland. 

-No właśnie. Wiem o tobie jedną rzecz spośród miliona in… - na chwilę przerwała. Przekręciła głowę na bok i zaczęła mnie obserwować. Zdecydowanie się nad czymś zastanawiała. Podeszła bliżej i nie wiedzieć czemu zaczęła krążyć wokół mnie niczym ziemia wokół słońca. Przyznaję, że poczułem zaniepokojenie.

-Redaktor naczelny magazynu Oakland… To znaczy, że kontrolujesz to, co pojawia się w gazecie?

-Oczywiście.

-I masz wpływ na to, jakie artykuły się w niej znajdą?

-Tak. - westchnęłam. - Ale uprzedzę twoje kolejne pytanie. Nie, nie piszę sam artykułów.

-Wcale nie miałam zamiaru zadawać ci tego pytania. To logiczne, że miałbyś problem z napisaniem pocztówki.

Popatrzyłem na nią wymownie.

-Przepraszam, przesadziłam. - odchrząknęła. - Dobrze więc. Zgadzam się jechać z tobą.

-Serio?

-Pod jednym warunkiem. - uśmiechnęła się figlarnie. Mam wrażenie, że ma sto pięćdziesiąt rodzajów uśmiechu i zdecydowanie nie przesadzam w tej kwestii.

Zerknąłem na nią pytająco.

W końcu sam założyłem, że zrobię wszystko.

-W najnowszym wydaniu magazynu znajdzie się obszerny artykuł na temat „Molly’s”. I ja go napiszę. Pozwolę na drobne korekty. 

-Zgadzam się! - powiedziałem chyba zbyt entuzjastycznie. Jej propozycja to był pikuś. Zważywszy, że zależało od tego szczęście mojej babci, byłbym w stanie jej nawet zafunfować roczne wakacje na Malediwach. Drobny artykuł w mojej gazecie był dosłownie ziarenkiem piasku na całej plaży. Postanowiłem więc po chwili skorygować moją odpowiedź, żeby nie myślała, że to dla mnie takie wygodne. 

-To znaczy… Na pewno będą musiały być wprowadzone poprawki. Nad magazynem pracują naprawdę profesjonalni ludzie i normalnie nie pozwalam, aby ktoś obcy w niego ingerował ale w porządku. Jeśli tak bardzo tego chcesz.

-Świetnie! - uśmiechnęła się szeroko. Przez chwilę zobaczyłem u niej błysk w oku i tak wielką radość, że aż sam poczułem ukłucie szczęścia. 

-W takim razie do dzieła! Mamy dwa dni na zapoznanie. Wyruszamy w piątek.

-W piątek? Mówiłeś, że w sobotę.

-W sobotę są urodziny. Moja rodzina uwielbia organizować wszelakie befory. Spodoba ci się!

Tego wieczoru poczułem podwójną satysfakcję.

Pierwsza - zgoda Leah na moją propozycję. Co prawda nie było łatwo, ale finalnie wszystko dobrze się skończyło.

Druga - mina Thomas’a na wieść o jej decyzji i moim farcie. Coś nieprawdopodobnego. Żałuję, że nie miałem przy sobie aparatu. 

Z „Molly’s” wróciłem uradowany i pełny nadziei.

Wróciłem beztroski i kompletnie nieświadomy tego, ile wielkich zmian nastąpi w moim życiu.


***