czwartek, 15 października 2020

Day 5

HARRY


Music on




Musiałem się wziąć w garść. Szczególnie po dzisiejszym telefonie babci. Kiedy usłyszałem jej ciepły, aczkolwiek donośny ton głosu zdałem sobie sprawę, że jestem życiowym nieudacznikiem, który nawet nie potrafi sobie znaleźć poczciwej kobiety. Wszystko by się zgadzało, bo od zawsze miałem problem w wybieraniu tych „właściwych”. Zazwyczaj wybierałem te niewłaściwe. A kiedy już miałem przy sobie dziewczynę, której nic nie można było zarzucić, często po prostu spierdoliłem sprawę. 

Rozmowa z babcią jak zawsze poprawiła mi humor. I choć po raz kolejny wysłuchałem historii o tym jak ludzie kilkadziesiąt lat temu byli bardziej stabilni emocjonalnie i stali w uczuciach, i że moi rodzice są już małżeństwem trzydzieści jeden lat i wciąż wiedzie im się znakomicie, to jednak za każdym razem chciałem słuchać tej historii, w nadziei, że wydarzy się jakiś cud. 

-Wiesz, Harry. Ludzie wcześniej byli bardziej stabilni emocjonalnie i stali w uczuciach. 

-To prawda babciu.

-Wiesz, twoi rodzice są już małżeństwem przeszło trzydzieści lat i wciąż wiedzie im się znakomicie. Kochają się tak samo jak wcześniej, a może nawet i bardziej. 

Uśmiechnąłem się do słuchawki.

-To prawdziwe szczęście, no nie?

-Absolutnie! No a ty synku, znalazłeś w końcu tą jedyną?

Westchnąłem.

-Zaraz skończysz trzydzieści lat, nie chciałabym, żebyś został starym kawalerem. Przecież wiesz, że największym prezentem na moje osiemdziesiąte urodziny byłoby twoje szczęście.

Tylko, że ja jestem szczęśliwy! Naprawdę jestem! I nie potrzebna mi do tego kobieta. Przynajmniej niekoniecznie na stałe. Ale tego postanowiłem nie mówić na głos.

-Wiem babciu.

-Więc powiedz. Masz kogoś?

Nastała chwila ciszy, a ja mimowolnie wstrzymałem powietrze w płucach.

-Tak się składa, że mam, tak.

-Oh!

-Ma na imię Leah. Wspaniała dziewczyna, polubisz ją. 

-Niech mnie kule biją, synek się zakochał!

Pomimo, że babcia lubiła przesadzać, to uśmiech na mojej twarzy pojawił się po raz kolejny w trakcie tej rozmowy. Choć dziwnie było usłyszeć te słowa, to jednak w środku mojego organizmu zrobiło się jakoś cieplej.

-Co więcej, poznasz ją. Już w tę sobotę.

Nie miałem pojęcia co wyprawiłem i dlaczego to powiedziałem, ale nie miałem innej możliwości. Musiałem zrobić wszystko, żeby przekonać Leah do mojego planu. W innym wypadku pozostało drugie, nieco mniej prognostyczne wyjście. Znaleźć jakąkolwiek inną Leah i zapłacić za jej milczenie. 

Cóż. Ewidentnie byłem w czarnej dupie.


Dokładnie o dziewiętnastej zero pięć podjechałem wraz z Thomas’em pod księgarnie. Miałem nadzieję, że w porze wieczornej nie będzie tu tylu ludzi co zazwyczaj i będę miał możliwość porozmawiania z Leah na spokojnie i tym razem bez nerwów i przeginania. Musiałem być miły i potulny. I zdecydowanie mniej szczery niż dotychczas. 

-To najgłupszy pomysł jaki udało ci się wymyślić, a było ich naprawdę masę - oznajmił Thomas, wysiadając z samochodu. Oparł się o dach i zerkał na mnie z wyrzutem. 

-Masz lepszy?

-Myślę, że każdy jest lepszy od tego.

-Dzięki za podzielenie się opinią ale to wyłącznie moja sprawa. 

-Tak, ale to ja cię z nią zapoznałem. Do jasnej ciasnej.

-No i? W takim razie będziesz współwinnym zagwarantowania jej świetnej zabawy, odmóżdżenia i wyrwania od tej monotonnej roboty, którą na codzień wykonuje.

-Nie zrozum mnie źle… - dogonił mnie, kiedy podążałem w stronę drzwi wejściowych. - Twoja rodzina jest super i napewno przyjmą ją znakomicie. Zapewne będą się też trochę dziwić, że taka dziewczyna jest z kimś takim jak ty… - spojrzałem na niego spod byka. - Ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że… Co jeśli się zakocha? - wypalił jak Filip z konopi.

-Jest to mało prawdopodobne. Przecież sam powiedziałeś, że taka dziewczyna jak ona raczej nie brałaby na poważnie kogoś takiego jak ja.

-Hej, nie obrażaj się, jestem twoim przyjacielem, muszę być z tobą szczery.

-Nie obrażam się, nie mam pięciu lat. Ale mam zamiar ci pokazać, że jesteś w błędzie a mój plan jest doskonały.

-Taaa… Nie mogę się doczekać.

Weszliśmy do księgarni na pełnym luzie. To znaczy, ja byłem trochę zdenerwowany, a to uczucie jest mi zazwyczaj obce ale uznałem to za dobry znak. Prognozy były zadowalające. 

-Leah! - zawołałem już w wejściu.

-O nie. - usłyszałem jej jęk. Obróciła się do Rosie, coś wymruczała i poszła na zaplecze. Niby taka bezproblemowa i idealna ale jednak ciężko się z nią porozumiewa. Może wcale nie jest taka odpowiednia jak myślałem. 

-Witaj kwiatuszku. - Thomas podszedł do lady, uśmiechając się potulnie do Rosie. Na jej policzkach pojawił się minimalny odcień różu. Uznałem, że powinienem być teraz gdzie indziej. 

I co to za tekst, tak w ogóle? 

-Mogę? - wykonałem ruch ręką, który oznaczał zapytanie o pozwolenie wejścia na zaplecze.

-Idź ale ja cię nie wpuściłam jak coś. - Rosie zmarszczyła czoło, zapewne mocno zastanawiając się, dlaczego jestem taki uparty. Szczerze powiedziawszy, gdybym nie znał swoich intencji, sam byłbym mocno zdziwiony. - I nie odpowiadam za twoje obrażenia.  

-Naturalnie. - uśmiechnąłem się i podążyłem w stronę bocznych drzwi. Leah tymczasem wykładała naczynia z olbrzymiej zmywarki, a ja zastanawiałem się dlaczego to też należy do jej obowiązków.

-Czemu nie zatrudnisz do tego ludzi? - zapytałem, opierając się o framugę. Ona mimowolnie się wyprostowała. Jej długie, proste włosy pofalowały w powietrzu, aby po chwili opaść na jej ramionach. Dmuchnęła w niesforny kosmyk, który zapodział się na jej twarzy i spojrzała na mnie ze swego rodzaju zmęczeniem, którego wcześniej u niej nie dostrzegałem.

-Bo lubię robić wszystko sama. 

Chciałem zadać pytanie, czy sama też doprowadza się do orgazmu, ale w ostatnim momencie uznałem, że byłoby to kompletnie nie na miejscu i znając życie nie osiągnąłbym tym nic, a ona wzięłaby jakieś ciężkie narzędzie, które miałaby aktualnie pod rękę i wywinęłaby mi nim w głowę.

-Czego chcesz? - rozluźniła ciało, ale po chwili jedna jej ręka skierowała się w stronę pleców. Dostrzegłem grymas na jej twarzy. 

-Wszystko w porządku? - podszedłem bliżej nieco zmartwiony, co zapewne było przejrzyście widoczne na mojej twarzy. Mam raczej ekspresyjną mimikę. 

-To nic. Więc…?

Westchnąłem ciężko. 

Czas to zrobić.

Najlepiej prosto z mostu.

-Jedź ze mną w podróż. 

Jej wzrok przeszywał mnie natarczywie. Zwęziła oczy, jakby starała się doszukać sensu mojej prośby. Bezskutecznie. 

-Nie mam czasu na te głupoty. - potrząsnęła głową i znów zabrała się do poprzedniej czynności.

-Ale ja mówię serio. Jedź ze mną.

-Gdzie mam z tobą jechać? 

-Do Karoliny Północnej.

Prychnęła.

-A co takiego jest w Karolinie Północnej, że miałoby mnie w jakikolwiek sposób przekonać do wycieczki w bóg wie jakim celu, do tego z nieznajomym, którego na dobrą sprawę nawet nieszczególnie lubię?

-Myślałem, że kwestię „lubię, nie lubię” mamy już za sobą.

Znów spojrzała na mnie wzrokiem węża.

-W porządku. - zacząłem. - Chodzi o to, że moja babcia ma w sobotę urodziny, a ja nie mogę tam przyjechać bez narzeczonej. Albo przynajmniej bez partnerki.

-Okej… W takim razie jesteś w czarnej dupie.

Pokiwałem głową. To była prawda.

-Więc?

-Co? - zapytała bez emocji.

-Pojedziesz ze mną?

-Nie! - tym razem podniosła ton. - Jesteś strasznie dziwny. Kto w ogóle wpada na takie coś? To chyba najgorszy pomysł jaki kiedykolwiek słyszałam.

-Mówiłem! - usłyszeliśmy głos Thomas’a. Skrzywiłem się. Zdecydowanie muszę mu później podziękować za wsparcie.

-Proszę cię. Bardzo mi na tym zależy! To niemalże sprawa życia i śmierci.

Zaśmiała się.

-A kto umrze jeśli przyjedziesz bez narzeczonej? Twoja babcia?

Spojrzałem na nią smutnym wzrokiem. Udawanym oczywiście.

-Ogarnij się. - powiedziała po chwili, ale zauważyłem, że jej wyraz twarzy nieco złagodniał.

-Dlaczego nie chcesz mi pomóc? 

-A dlaczego miałabym ci pomagać?! To niedorzeczne. 

-Proszę! To tylko jeden weekend.

-Nie, nie i po raz kolejny NIE. - wzruszyła ramionami. - Poza tym nawet jeśli faktycznie bym pojechała, chociaż wcale tego nie zrobię, sądzę, że twoja rodzina jest o wiele bardziej spostrzegawcza niż ty, bo to akurat nie jest zbyt trudne i szybko by się zorientowała, że nie mamy ze sobą nic wspólnego, a tym bardziej, że jesteśmy parą.

-Nie domyślą się. Jestem dobrym aktorem. Nawet nie musisz się za bardzo starać! Wystarczy, że będziesz.

-Nie masz przypadkiem miliona innych dziewczyn, które wolałbyś zabrać?

-W tym rzecz, że nie. Ty nadajesz się zdecydowanie najbardziej.

-Ah! Nadaję się! - znów się zaśmiała.

Znów sarkastycznie.

-Czyli mam rozumieć, że masz przygotowane jakieś surowe kryterium cech osoby, która będzie miała zaszczyt poznać twoją rodzinę?

-A ty zabrałabyś do rodziny byle kogo?

Nastąpiła chwila ciszy.

-Oczywiście, że nie.

-No właśnie o tym mówię. Zrób sobie trochę wolnego. To tylko jeden weekend. Zabiorę cię w piękne miejsce, gdzie naprawdę odpoczniesz, zrelaksujesz się… Będziesz naprawdę zadowolona. Należy ci się chwila przerwy i zabawy.

-To prawda… - zgodziła się ze mną. - Ale ty mnie nawet nie znasz! A ja nie potrafię kłamać.

-Nie będziesz musiała kłamać. Przecież nikt cię nie zapyta: HEJ, JESTEŚ W ZWIĄZKU Z HARRY’M? Rozumiesz? To już będzie z góry założone. Kilka kwestii sobie uzgodnimy, poćwiczymy i będzie cholernie zajebiście.

-Czy ty siebie słyszysz? Nic o tobie nie wiem! Ile masz lat, gdzie mieszkasz, co robisz…- zaczerpnęła tchu, po czym spojrzała na mnie poważnie. - Czym ty się w ogóle zajmujesz?

-Jestem redaktorem naczelnym magazynu Oakland. 

-No właśnie. Wiem o tobie jedną rzecz spośród miliona in… - na chwilę przerwała. Przekręciła głowę na bok i zaczęła mnie obserwować. Zdecydowanie się nad czymś zastanawiała. Podeszła bliżej i nie wiedzieć czemu zaczęła krążyć wokół mnie niczym ziemia wokół słońca. Przyznaję, że poczułem zaniepokojenie.

-Redaktor naczelny magazynu Oakland… To znaczy, że kontrolujesz to, co pojawia się w gazecie?

-Oczywiście.

-I masz wpływ na to, jakie artykuły się w niej znajdą?

-Tak. - westchnęłam. - Ale uprzedzę twoje kolejne pytanie. Nie, nie piszę sam artykułów.

-Wcale nie miałam zamiaru zadawać ci tego pytania. To logiczne, że miałbyś problem z napisaniem pocztówki.

Popatrzyłem na nią wymownie.

-Przepraszam, przesadziłam. - odchrząknęła. - Dobrze więc. Zgadzam się jechać z tobą.

-Serio?

-Pod jednym warunkiem. - uśmiechnęła się figlarnie. Mam wrażenie, że ma sto pięćdziesiąt rodzajów uśmiechu i zdecydowanie nie przesadzam w tej kwestii.

Zerknąłem na nią pytająco.

W końcu sam założyłem, że zrobię wszystko.

-W najnowszym wydaniu magazynu znajdzie się obszerny artykuł na temat „Molly’s”. I ja go napiszę. Pozwolę na drobne korekty. 

-Zgadzam się! - powiedziałem chyba zbyt entuzjastycznie. Jej propozycja to był pikuś. Zważywszy, że zależało od tego szczęście mojej babci, byłbym w stanie jej nawet zafunfować roczne wakacje na Malediwach. Drobny artykuł w mojej gazecie był dosłownie ziarenkiem piasku na całej plaży. Postanowiłem więc po chwili skorygować moją odpowiedź, żeby nie myślała, że to dla mnie takie wygodne. 

-To znaczy… Na pewno będą musiały być wprowadzone poprawki. Nad magazynem pracują naprawdę profesjonalni ludzie i normalnie nie pozwalam, aby ktoś obcy w niego ingerował ale w porządku. Jeśli tak bardzo tego chcesz.

-Świetnie! - uśmiechnęła się szeroko. Przez chwilę zobaczyłem u niej błysk w oku i tak wielką radość, że aż sam poczułem ukłucie szczęścia. 

-W takim razie do dzieła! Mamy dwa dni na zapoznanie. Wyruszamy w piątek.

-W piątek? Mówiłeś, że w sobotę.

-W sobotę są urodziny. Moja rodzina uwielbia organizować wszelakie befory. Spodoba ci się!

Tego wieczoru poczułem podwójną satysfakcję.

Pierwsza - zgoda Leah na moją propozycję. Co prawda nie było łatwo, ale finalnie wszystko dobrze się skończyło.

Druga - mina Thomas’a na wieść o jej decyzji i moim farcie. Coś nieprawdopodobnego. Żałuję, że nie miałem przy sobie aparatu. 

Z „Molly’s” wróciłem uradowany i pełny nadziei.

Wróciłem beztroski i kompletnie nieświadomy tego, ile wielkich zmian nastąpi w moim życiu.


***


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz