HARRY
O równej 7:00 podjechałem pod kamienice Leah. Mieliśmy wylot dokładnie za dwie godziny, co powodowało, że w Greenville powinniśmy być około godziny piętnastej. Przez całą drogę do niej, zastanawiałem się czy na pewno dobrze robię. Czy faktycznie warto wciągać ją w tą grę, która być może przyniesie za sobą jakieś konsekwencje?Westchnąłem głęboko, odpychając zgubne myśli. Będzie dobrze. Musi być dobrze.
Wyszedłem z samochodu z zamiarem wejścia na górę, aby pomóc jej z walizką. Na próżno, ponieważ ona stała już na dole, z walizką wielkości mojego bagażnika. Ale to nie ważne. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem ją w pomarańczowym, eleganckim garniturze, pofalowanych włosach i pełnym makijażu. Nie wiedziałem co powiedzieć.
-Co to jest!? - spojrzała na mnie wielkimi oczami. - Co to jest!!?? - zlustrowała mój ubiór, zapewne nie spodziewając się tak samo jak ja tego, co właśnie zobaczyła.
-Em… Pomyślałem, że będzie mi wygodnie.
-Wygodnie!? Zawsze jesteś ubrany totalnie antywygodnie, ale dzisiaj postawiłeś na wygodę? Wyglądam przy tobie głupio! - jęknęła przygnębiona. - Idę się przebrać.
-Nie! - pośpieszyłem się. - Wyglądasz bardzo pięknie, naprawdę. - zagwizdałem. - Fantastycznie wręcz.
-Wyjdę na idiotkę. Już nie mówiąc o reakcji twojej rodziny, ale pasażerowie samolotu pomyślą, że pomyliłam galę filmową ze zwykłym lotem.
-Czym ty się w ogóle przejmujesz? Nie myśl o tym. Poza tym, będziesz wyglądała najładniej ze wszystkich! To naprawdę powód do zadowolenia.
Wywróciła oczami, ale po jej natychmiastowym rozluźnieniu ciała, zauważyłem, że finalnie odpuściła. Spakowałem jej walizkę do bagażnika, pomrukując cicho pod nosem.
-Jezu, coś ty tam zabrała?
-Nie dyskutuj! - odpowiedziała, wsiadając do środka. Poszedłem za jej tropem.
-Nigdy nie poznałam rodziny żadnego chłopaka.
-Tak… Zauważyłem.
Zlekceważyła moją uwagę.
-Muszę być przygotowana na każdą okazję i ewentualność.
-Dobrze więc. W drogę?
Wzięła głęboki wdech i spokojny wydech.
-W drogę.
Lot nie był tak nużący, jak można się było spodziewać. Z niespokojną Leah przy boku, mam wrażenie, że emocje sięgały zenitu, więc nie było nudno, a czas leciał zaskakująco szybko. Raz za razem powtarzaliśmy historię naszego związku, najważniejsze fakty z mojego życia i detale, o które mogłaby zapytać moja rodzina. Wszystko było totalnym szaleństwem.
-Myślę, że potrzebujesz kieliszka wina.
-Wina? Nie mogę być pijana na pierwszym spotkaniu z twoją rodziną. Postradałeś zmysły?
-Sądzę, że nie będziesz pijana po jednym kieliszku. - odpowiedziałem i obróciłem się, wołając stewardessę. - Można prosić kieliszek białego wina i szklaneczkę whisky z lodem?
-Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu. - odpowiedziała ładna blondynka, z olśniewającym uśmiechem. Zdążyłem zobaczyć jej kręcący tyłek, zanim Leah znów przemówiła.
-Piękny prawda?
-Tak. Bardzo apetyczny. - westchnąłem, uśmiechając się sam do siebie.
-Co? - zapytała. Otrząsnąłem się i spojrzałem na nią zagubiony.
-Co?
-Mówiłam o widoku za oknem. Czasami naprawdę tracisz klasę. - odpowiedziała, i znów zaczęła wyliczać po cichu imiona członków mojej rodziny.
-Nie sądzisz, że cztery miesiące to trochę krótki okres czasu na nasz związek? - zapytałem, zastanawiając się nad tym już wczoraj.
-Nie!? Zrozum, że nie możemy być ze sobą przez rok. Po pierwsze, jak na mój gust byłoby to dziwne, że wspomniałeś o swojej partnerce dopiero w tym tygodniu, będąc z nią aż rok. Poza tym, nie wiemy o sobie aż tylu rzeczy, żeby można brać pod uwagę tak długi staż, obudź się Harry. Cztery miesiące to moim zdaniem i tak za dużo.
-Tak… Może masz rację. - zgodziłem się.
-Nie może, tylko mam. - pokręciła głową z dezaprobatą. Widziałem, że miała mnie już powoli dosyć, dlatego nie starałem się jej denerwować jeszcze bardziej. I tak już poświęciła dla mnie wystarczająco dużo.
Wylądowaliśmy z małym opóźnieniem przez duże turbulencje nad Tennessee. Leah przyjęła je nie najlepiej, ale zważywszy, że leciała wcześniej samolotem tylko raz, potrafiłem to zrozumieć i podałem pomocną dłoń, dzięki czemu potrzebowałabym natychmiastowo rentgena kości palców.
Na lotnisku przywitał nas mój ojciec. Uśmiechnąłem się na jego widok. Spojrzałem jeszcze na Leah, dodając jej otuchy, bo właśnie od tej pory był czas na to, by zacząć grę.
-Witaj ojcze! - podszedłem do niego, ściskając mocno.
-Witaj synu. W końcu cię widzę po tak długim czasie. Boże, ale za tobą tęskniłem. Nie wspominając nawet o twojej matce.
-Wiem. Ja też bardzo za wami tęskniłem.
-A to pewnie Leah? - zapytał, zerkając teraz na szatynkę.
-Tak jest proszę pana. - uśmiechnęła się pogodnie.
-Niech no cię uściskam. - powiedział i już po chwili trzymał ją w szczelnym uścisku. Ten uroczy obraz sprawił, że automatycznie uśmiech pojawił się również na mojej twarzy i przez chwilę wyobraziłem sobie, że to wszystko mogłoby być prawdziwe.
-Cieszę się, że w końcu mogę cię poznaję. Jesteś bardzo piękną dziewczyną. Mam nadzieję, że mój syn cię dobrze traktuje.
-Gdyby tak nie było, odprawiłabym go z kwitkiem. - zażartowała, ale na twarzy mojego ojca nie było widać uśmiechu. Oczywiście robił Leah w balona, i kiedy jej mina przybrała poważny wyraz twarzy, stary dobry William zaśmiał się głośno, biorąc ją pod ramię.
-Oczywiście, że tak moja droga. A potem zwrócisz się do mnie, a zrobię z nim porządek.
Droga minęła nam głównie na drobnych opowieściach. Tata opowiadał co słychać w gospodarstwie, Leah opowiadała o swojej pracy, a ja opowiadałem o tym jak wspaniała jest Leah. Mój rodziciel zdążył wprowadzić Leah w nasze miasto, opowiadając jej historię niemalże każdego budynku, małego i dużego, który praktycznie stoi na tej ziemi. Śmiałem się pod nosem, natomiast u niej widziałem duże zainteresowanie. Szybko złapali wspólny język i chyba to mnie uświadczyło w fakcie, że Leah jest odpowiednią osobą, żeby tu ze mną być.
-A to jest nasz sklep. - tata zwolnił przy miejscu, które oboje tak znakomicie znamy. - Prowadzimy go od pokoleń.
-Imponujące. - skomentowała Leah.
-Mam nadzieję, że po mnie również go ktoś przejmie. - zerknął na mnie z uśmiechem, ale wiem, że nie oczekiwał ode mnie, że tym kimś, będę ja. Tata nigdy nie kładł na nas nacisku odnośnie naszej przyszłości, co było naprawdę dobroduszne i jak najbardziej pocieszające.
-Odnowiłeś go trochę? - zapytałem, patrząc na nowy banner, trochę bardziej nowoczesny niż ten, który był dotychczas.
-Musiałem, bo niektórzy zaczęli postrzegać to miejsce jako muzeum. Ta dzisiejsza młodzież….Teraz wszystko musi błyszczeć i być „cool”. Prawda, Leah?
-Prawda. - zgodziła się. - Sama prowadzę księgarnie, więc doskonale pana rozumiem.
-Księgarnie? To musi być wyjątkowe miejsce. Chętnie je kiedyś odwiedzę.
-Zapraszam! Przy okazji poczęstuję pana kawą.
-No proszę… Dwie rzeczy, które najbardziej lubię w jednym. Dobra książka i kawa. Brzmi znakomicie.
Na miejsce dojechaliśmy za kwadrans siedemnasta. Wypakowaliśmy walizki, oddychając świeżym powietrzem. Musiałem przyznać, że wspaniale było wrócić do domu. Obserwowałem Leah, która z podziwem rozglądała się w około. Mam wrażenie, że spodziewała się czegoś innego, a to co zobaczyła, zaskoczyło ją, w dobrym tego słowa znaczeniu.
-Witamy w naszych skromnych progach. - powitał ją znów ojciec.
-Skromnych? - zaśmiała się. - To miejsce jest magiczne. Przepiękne.
-Cieszę się, że ci się podoba. - odpowiedziałem, dotykając jej pleców. Poprowadziłem nas do drzwi wejściowych, w których powitała nas mama.
-Synku! - krzyknęła radośnie, przytulając mnie przed kilkanaście kolejnych sekund. - Tak się cieszę, że jesteście. Jak minęła podróż?
-Bardzo dobrze. Chciałbym ci przedstawić Leah.
-Oh! Leah! Cudownie cię poznać. - szatynka rozpłynęła się w objęciach mamy, co było zresztą oczywistością. Kogokolwiek bym nie przyprowadził, zareagowałaby tak samo, bo pragnęła jedynie mojego szczęścia i uwielbiała kiedy ich odwiedzałem.
-Panią również. Macie państwo wspaniały dom.
-Dziękuję skarbie, możesz mi mówić Sophie. Jestem taka szczęśliwa, że was widzę, chodźcie. Wszyscy już czekają przy stole.
I tak przez kolejne dwadzieścia minut spędziliśmy czas na uściskach, przedstawianiu, opowiadaniu o pierdołach, śmiechu i czułościach. Przy stole jak zwykle była masa ludzi, jak przy każdej możliwej okazji, o jakiej pamiętam. Zawsze spędzaliśmy razem przeróżne święta, urodziny czy wakacje. I po tylu latach nic się nie zmieniło.
Leah siedziała obok mnie uśmiechnięta i obsypywana masą przeróżnych, na szczęście nieszkodliwych pytań. Odpowiadała na nie pewnie i uprzejmie, co jakiś czas na mnie zerkając. Byłem zdziwiony, że tak bardzo trzymała nerwy na wodzy i finalnie rozluźniła się na tyle, że czuła się naprawdę swobodnie.
-Jestem taka zadowolona, że mój wnuczek znalazł sobie taką słodką dziewczynę. - odezwała się babcia, która siedziała na przeciwko Leah. - Jak długo jesteście ze sobą?
-Cztery miesiące. - odpowiedziała, bez zająknięcia.
-Oh, wspaniale. Wiecie, że zanim wyszłam za mąż, znałam mojego przyszłego męża też cztery miesiące?
-Mamo… - odezwał się tata, bo chyba zauważył, że znowu się zagalopowała.
-Cicho William’ie. Toż to prawda. Cztery miesiące to wystarczająco, żeby poznać drugą osobę. Pamiętasz co mi obiecałeś? - zerknęła tym razem na mnie tym swoim wzrokiem sędzi i już doskonale wiedziałem o co jej chodzi.
-Tak pamiętam babciu.
-Wiesz, że obiecał mi, że zanim skończy trzydzieści lat to się ożeni? - babcia spojrzała na Leah, która z uśmiechem przełykała kolację.
-Tak, coś wspominał.
-Ale z przykrością muszę wyznać, że chyba złamię naszą obietnicę.
-Spokojnie. Twoje trzydzieste urodziny dopiero za miesiąc. Poza tym mogę dać ci taryfę ulgową. Może oświadczyny?
Towarzystwo się głęboko zaśmiało.
-Babciu… - odezwała się tym razem Olivia. - Teraz ludzie nie biorą tak szybko ślubu.
-Właśnie. - wtrącił się Oliver. - My zaręczyliśmy się po trzech latach.
-Bo jesteś powolny jak ślimak w deszczu. Myślisz, że ja się z księżyca urwałam? Wiem, że teraz liczy się tylko kariera, seks i narkotyki…
-Mówiłem ci? - szepnąłem do Leah, która chichotała pod nosem. O dziwo, słowa babci nie robiły na niej aż takiego wrażenia, a wręcz przeciwnie. Była rozbawiona tą sytuacją, co automatycznie sprawiło, że przestało mi być wstyd i sam poczułem ulgę.
-Nie wszyscy biorą narkotyki, babciu. - zwrócił się do niej uśmiechnięty Alan.
-Wiem syneczku. - położyła dłonie na jego policzkach, ściskając je w rybkę. - Ty jesteś złotym chłopcem.
-Nie podlizuj się! - zagaił do niego Noah, dając mu kuksańca w bok.
-A czym zajmują się twoi rodzice, Leah? - zapytała tym razem moja mama. Przeżuwałem spokojnie jedzenie, aż nagle zaniemogłem. Nie miałem pojęcia czym zajmują się jej rodzice, bo nawet o to nie zapytałem. Jak mogłem popełnić tak beznadziejny błąd?
Leah odchrząknęła i uśmiechnęła się łagodnie.
-W zasadzie nie mam rodziców. Zostałam wychowana przez babcię.
Jej odpowiedź mnie zamurowała. I gdyby w tym momencie nie zamurowało każdego w pomieszczeniu i wszyscy by patrzyli na mnie, a nie na Leah, jestem pewny, że poznaliby prawdę. Nie byłem w stanie powiedzieć ani słowa, a zaskoczenie na mojej twarzy było tak oczywiste, że nie sposób było go nie przeoczyć.
-Oh, biedna dziecinko. - odparła babcia, patrząc na nią smutno. - Co się stało?
-Cóż. Moja mama opuściła nas jak miałam pięć lat, a tata zmarł niedługo później. Więc zostałam tylko ja i babcia, która niestety też odeszła dwa lata temu.
-To takie smutne… - Charlotte obdarzyła Leah ciepłym, ale współczującym spojrzeniem, natomiast Olivia automatycznie złapała ją za dłoń. Zauważyłem, że jej oczy zabłyszczały. Zawsze tłumaczyłem sobie, że jest zanadto wrażliwa, ale uznałem, że jeśli szybko nie zmienimy tematu, moje oczy też zaczną błyszczeć.
-W porządku. Nauczyłam się z tym żyć. - Leah rozluźniła atmosferę. - Odziedziczyłam po niej księgarnię i staram się z całych sił utrzymać o niej pamięć.
-To wspaniały gest. - oznajmił tata, uśmiechając się do niej z troską.
-A my jesteśmy tu po to, żeby cię wspierać. - mama wstała i pogładziła ją po plecach. - A tymczasem… Kto ma ochotę na deser?
Wieczór minął szybko, w ciepłej i pogodnej atmosferze. Letnie powietrze i zapach jeziora zdecydowanie sprzyjały rodzinnej aurze. Dziewczyny rozmawiały i popijały wino, a ja nadrobiłem zaległości z męską częścią rodziny. Wszyscy bardzo cieszyli się z widoku Leah i opowiadali o niej w samych superlatywach.
Czas na sen przyszedł dopiero około pierwszej w nocy. Obydwoje byliśmy bardzo zmęczeni ale wydaję mi się, że pozytywnie zaskoczeni dzisiejszym dniem.
-Ładna piżamka. - skomentowałem, widząc Leah, jak wychodzi z łazienki.
-To koszula nocna. - poprawiła mnie, jak zwykle zresztą, co bawiło mnie za każdym razem. - Masz ładny pokój.
-Dzięki. Jak widzisz byłem zagorzałym fanem Guns N’ Roses. - wskazałem na nieco zniszczony już plakat zespołu wiszący na ścianie.
-To do ciebie pasuje. - skomentowała krótko.
Odchrząknąłem po chwili.
-Chcesz żebym spał na podłodze?
-Em, to może być zły pomysł.
-Naprawdę? - zdziwiłem się.
-Oglądałam kiedyś film, jak para udaje, że są ze sobą i przyjeżdżają do jego rodziny i on sypia na podłodze, a później zawsze ktoś przychodzi i ogólnie jest z tym sporo roboty.
Spojrzałem na nią rozbawiony.
-No co? Nic nie poradzę, że to historia niczym z filmu. To twoja zasługa.
-Okej, okej, ja nie mam nic przeciwko. - weszliśmy do łóżka, zakrywając się do połowy kołdrą.
Siedzieliśmy bez słowa, wpatrując się w jakiś punkt na ścianie.
W końcu Leah spojrzała na mnie.
-Chyba nieźle nam dzisiaj poszło.
-Lepiej niż nieźle. - uśmiechnąłem się w jej stronę. - Było doskonale.
Pokiwała głową zadowolona.
-Przykro mi z powodu twojej rodziny.
-W porządku.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?
-Bo nie pytałeś.
-To prawda. Jestem kretynem. Myślałem tylko o sobie.
-To nic. Teraz już wiesz i najlepiej zamknąć ten rozdział.
Znów nastała cisza.
-Brakuje ci ich? - zerknąłem na nią z troską.
Przez chwilę milczała. Zamknęła na chwilę oczy, rozmyślając o czymś, o czym wiedziała tylko ona.
-Czasami słyszę śmiech mojej mamy. Czuję jej zapach. Pachniała wanilią i słońcem. Kojarzę też zapach cygara, trawy i męskiej wody kolońskiej. Mój tata był wspaniałym człowiekiem. Zachorował na raka płuc. Paskudna choroba. Ale był ze mną do końca. I zawsze będzie.
-Myślę, że byłby z ciebie dumny. Jesteś wymarzoną córką.
-I szybko wpadam w przekręty. - spojrzała na mnie z pod byka. Oboje się roześmialiśmy.
-To dlatego księgarnia jest dla ciebie tak ważna.
-Tak. Chcę żeby dowiedziało się o niej całe Oakland. Z twoją zasługą oczywiście.
-Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby spełnić twoją prośbę.
Po chwili usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
-Mogę? - usłyszeliśmy głos mamy. Spojrzeliśmy na siebie znacząco.
-Mówiłam? - odparła Leah. Szybko zbliżyliśmy się do siebie, a ja objąłem ją ramieniem. Nie do końca stwierdzam, że była to najbardziej oczywista i nieudawana poza, ale zauważając uśmiech mamy, gdy pojawiła się w progu, przynosząc jeszcze więcej ciepła i pogody ducha, uznałem, że uwierzyła w to co widzi.
-Zmieniłam wam pościel i postawiłam świeczki gdybyście chcieli zrobić nastrój albo poczuć trochę… no wiecie. Intymności. - powiedziała zadowolona, na co się zaśmiałem.
-Dzięki mamo. To bardzo miłe z twojej strony.
-Chcę tylko powiedzieć, że naprawdę cieszę się, że tu jesteście i mam nadzieję, że będziesz się dobrze czuła w naszym domu, Leah.
-Bardzo dziękujemy. - odezwała się szatynka. - Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego powitania.
-W porządku. - mama kiwnęła głową. - W takim razie dobranoc.
-Dobranoc Sophie.
-Dobrej nocy mamo!
Po jej zniknięciu, spędziliśmy w uścisku jeszcze kilka chwil.
W końcu Leah westchnęła.
-To było miłe.
-Tak. To było miłe.
I jeszcze nie wiedziałem czy chodziło nam o słowa i czyny mamy, czy o aspekt spędzenia w swoich ramionach tych kilku chwil. Miałem nadzieję, że kolejne dni przyniosą odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie znamy i uczucia bliskości, które dopiero poznamy.
***




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz