LEAH
Pomimo moich wszelakich obaw dotyczących wyjazdu do Karoliny Północnej, a także poznania rodziny Harry’ego, zdążyłam się już z łatwością zaklimatyzować w nowym miejscu i w miarę możliwości przystosować do tego, że dom był cały czas pełny ludzi, do czego absolutnie nigdy nie byłam przyzwyczajona i nie wiem czy kiedykolwiek będę.
Rodzina Styles okazała się niesamowicie ciepła i troskliwa. Absolutnie każda z tych osób powitała mnie z sympatią i ciepłem, więc w zasadzie nie mogłam powiedzieć ani jednego złego słowa na temat tegoż to wyjazdu. Do tego okolica była przepiękna, a widoki zapierały dech w piersiach. Musiałam przyznać, że dawno nie pozwoliłam sobie na chwilę odpoczynku i ta o to spontaniczna przerwała miała mi ewidentnie pokazać, że powinnam częściej sobie pozwalać na małe wakacje.
Poranek był wspaniały, a ja nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tak dobrze spałam. Obudził mnie śpiew ptaków i zapach świeżo palonej kawy. Kiedy spojrzałam za okno, dostrzegłam mnóstwo zieleni, las, zza którego uśmiechało się do mnie duże jezioro oraz stadninę koni, którą wczoraj ochoczo odwiedziłam późnym wieczorem.
Harry jeszcze spał po drugiej stronie łóżka, oddychając spokojnie. Kiedy tak na niego patrzyłam, uświadomiłam sobie jak bardzo jest przystojny. Nie, żebym nie widziała tego wcześniej, ale kiedy leżał tak bez ruchu, nie korzystając z aparatu mowy, wyglądał tak błogo i niewinnie, że za nic w świecie nie powiedziałabym, że mógł okłamywać swoją rodzinę w ten sposób.
Nie tyle było to dla mnie dziwne, ale również trochę niepokojące. W zasadzie nie znałam jego przyszłości i nie wiedziałam dlaczego zdał się na taki krok, że obrał sobie za cel przywiezienie tu kogoś za wszelką cenę, i pomimo, iż sądziłam, że kłamstwo to najgorsze co może być, to jednak wierzyłam, że robił to w słusznej sprawie. Nikogo tym nie krzywdził, a jedynie naginał rzeczywistość.
A ja mu w tym pomagałam.
Postanowiłam się nieco odświeżyć i wzięłam poranny prysznic. Ubrałam na siebie krótką zwiewną sukienkę i płaskie sandałki, wiedząc, że nie ma szans, żeby Harry przyczepił się do choćby jednej mojej stylizacji, którą tutaj przywiozłam.
Gdy dnia poprzedniego zobaczył mnie w tym pomarańczowym garniturze, miałam wrażenie, że dotarło do niego dużo później, że ja to faktycznie ja, gdy tymczasem właśnie JA uwielbiałam się ładnie ubrać. Po prostu do pracy mi się nie chciało i nie widziałam w tym większego sensu. On w zasadzie widział mnie praktycznie tylko w pracy, więc chyba stąd to przekonanie, że jestem typem luźnej laski, totalnie nie zwracającej uwagi na swój wygląd i ubiór. A tu masz. Niezłe zaskoczenie.
Postanowiłam na niego nie czekać i zeszłam na dół w pojedynkę, mając nadzieję, że znajdę jakieś wspólne tematy do rozmowy z choćby jednym członkiem jego rodziny. Inaczej byłoby trochę niezręcznie.
-Dzień dobry. - uśmiechnęłam się wchodząc do kuchni.
Sophie właśnie ubijała ciasto, przypuszczałam, że na jakiś wypiek, babcia Elizabeth przyglądała się sobie w lusterku, przymierzając na swoje uszy masywne perły, Alan siedział na fotelu w salonie i czytał książkę, natomiast Olivia i Charlotte stały przy blacie dekorując tort.
-Dzień dobry, skarbie. Jak ci się spało? - zapytała Sophie, podchodząc do mnie. Wytarła dłonie w czerwony fartuszek i pogładziła mnie troskliwie po ramieniu. Musiałam przyznać, że ten mały gest był naprawdę przeuroczy.
-Bardzo dobrze, dziękuję. Do tego ten widok z okna… Coś wspaniałego.
-Oh, cieszę się, że ci się podoba. Mam nadzieję, że zachęci cię do tego, żeby odwiedzać nas częściej. - uśmiechnęła się ciepło, co odwzajemniłam, ale nie byłam w stanie jej nic odpowiedzieć, ponieważ mój powrót tutaj nie był nawet w najmniejszym planie, a nawet bym powiedziała, że żadnym.
-Proszę, na stole czeka na ciebie świeże pieczywo, jajka, kawa co tylko chcesz.
-Świetnie. - kiwnęłam głową i usiadłam przy stole. Zanim jednak zabrałam się za spożywanie posiłku, spojrzałam na wspaniały tort, którym zajmowały się dziewczyny.
-Mogłyście mnie obudzić. Chętnie bym wam pomogła. - zagadnęłam blondynki, które miały bardzo skupione miny.
-Coś ty! - Olivia machnęła ręką, częstując mnie uśmiechem. -Jesteś naszym gościem. Poza tym już kończymy.
-Dobrze, że Noah nazrywał więcej owoców, bo inaczej byłoby dość biednie. Ale tak to jest kiedy wysyłasz chłopów na zakupy. - westchnęła Charlotte, kręcąc bezsilnie głową.
-A właśnie, gdzie reszta?
-Oscar i Kyle pojechali jeszcze po kilka rzeczy na imprezę, a tata i Noah rozkładają stół i krzesła w stodole.
-Czyli urodziny babci będą w stodole? - upewniłam się.
-Tak, moja kochana. - Elizabeth podeszła do mnie od tyłu, klepiąc mnie po ramieniu. Zauważyłam, że to dość powszechny gest w tej rodzinie. - Praktycznie każda uroczystość się tam odbywa. To nasza tradycja. Olivia również weźmie tam ślub.
-To wspaniale! - skomentowałam. - A kiedy nastąpi ten wielki dzień?
-Za miesiąc. - odpowiedziała podekscytowana blondynka. - Naturalnie czuj się zaproszona.
Tak… Na pewno się zjawię.
-Cóż, na moje nie dostałaś zaproszenia, bo nie wiedziałam o twoim istnieniu, ale oczywiście mając na myśli osobę towarzyszącą Harry’ego, miałam na myśli ciebie. I zdecydowanie to podtrzymuję. - mrugnęła do mnie oczkiem, a ja byłam jedynie w stanie stwierdzić, że lekko się pogubiłam. -Trochę się denerwuję, ale cieszę się, że zorganizowaliście sobie tyle wolnego czasu, żeby zostać na moim weselu. Wiem, że to niełatwe godzić pracę z takimi niespodziewanymi wyskokami. Chociaż nie jest taki niespodziewany. W końcu wiedzieliście już dwa miesiące temu, prawda? - wzruszyła uśmiechnięta ramionami.
-Taaaak. - przeciągnęłam nieco zakłopotana. - Przypomnij mi Charlotte, jaka to data? Mam wrażenie, że do mojego mózgu dostało się tak dużo świeżego powietrza, że zapominam o bożym świecie. - zaśmiałam się. Babcia Elizabeth zrobiła to samo, i choć tak naprawdę miałam ochotę w tej chwili krzyczeć, to jednak powstrzymałam się od tej kompletnej katastrofy.
-Dwudziesty piąty lipiec. Za dwa tygodnie. No i oczywiście za tydzień organizujemy panieński połączony z kawalerskim. Czeka nas kolejna podróż. - mówiła z wielkimi emocjami na twarzy. - Nie mogę się doczekać! - spojrzała na roześmianą Olivię i klasnęła w dłonie trzy razy. Babcia Elizabeth spoglądając na ten obrazek wciąż się uśmiechała, a ja wciąż byłam zagubiona. I wkurzona.
Naprawdę mocno wkurzona.
-Naprawdę cieszę się waszym szczęściem. - odchrząknęłam. - Przepraszam na chwilę, ta kawa pachnie tak pięknie, że chyba obudzą nią Harry’ego. Za chwileczkę wracam. - uśmiechnęłam się serdecznie, biorąc ze sobą kubek kawy. Kiedy tylko zniknęłam z pola widzenia, przyśpieszyłam kroku, a minę miałam naprawdę nietęgą.
Czas wstawać Haroldzie.
-Hej! - szepnęłam, stojąc naburmuszona przy jego stronie łóżka. Z racji tego, że mój szept zdał się kompletnie na nic, odstawiłam kawę na stolik i klepnęłam go lekko w twarz.
-Co jest? - zapytał zaspany. Otworzył jedno oko, patrząc nim na mnie bacznie. Odwrócił głowę i zauważając kubek z unoszącą się nad nim parą, uśmiechnął się szeroko.
-O, kawa!
-Żadna kawa. - wzięłam kubek z powrotem do rąk. - Zadam ci jedno pytanie.
-Okej.
-Albo nie. To nie będzie pytanie. To będzie raczej stwierdzenie. Być może nawet ostrzeżenie.
-Niech będzie.
-Mam nadzieję, że nie brałeś mnie pod uwagę jako osobę towarzysząca na ślub twojego kuzyna.
Teraz otworzył już oboje oczu, wspinając się plecami wyżej na poduszki. Jego milczenie mnie niepokoiło.
-Halo!? - spojrzałam na niego wymownie, tupiąc niecierpliwie nogą o podłogę.
-W zasadzie to…
Zmarszczyłam czoło, czekając wciąż na odpowiedź.
-Wiem, jestem dupkiem.
-To nie odpowiedź na moje pytanie, aczkolwiek zależnie od twojej odpowiedzi mogę się zgodzić lub nie zgodzić z tym stwierdzeniem.
Westchnął.
-Jakbym ci powiedział wcześniej, to nie zgodziłabyś się przyjechać na dwa tygodnie.
-Co? Uszczypnij mnie, bo chyba śnie. - zaśmiałam się. - Mówisz mi, że ściągnąłeś mnie tu, nie mówiąc nic wcześniej o weselu, bo byłeś przekonany, że jak już mnie tu zaciągniesz, to się zgodzę?
-No, a nie czujesz się tu dobrze? Nie chcesz sobie zrobić małych wakacji? Zobacz, ładne widoki, jezioro, ludzie, którzy cię ubóstwiają, moje towarzystwo… Sama plusy, zero minusów.
-Posłuchaj. Jadąc tu z tobą wiedziałam, że masz trochę nie po kolei w głowie, zważywszy na twój wymyślny plan, ale z tym to już przesadziłeś. Jak ty sobie wyobrażasz aspekt, że zostawiłam kawiarnie na pastwę losu? Powierzyłam ją Rosie tylko na jeden weekend. Nie na dwa tygodnie!
-W zasadzie to… Powierzyłaś ją Rosie na dwa tygodnie. Po prostu o tym nie wiedziałaś. - wzruszył ramionami, uśmiechając się do mnie potulnie.
-Chyba żyjemy w innym świecie, bo ani trochę nie rozumiem tego co do mnie mówisz.
-Powiedziałem Rosie o możliwym dwutygodniowym wyjeździe. Zgodziła się. Powiedziała mi, że zapewne wpadniesz w szał i będziesz chciała wracać, ale jeśli się tak nie stanie, to ona i Thomas zajmą się kawiarnią.
ROSIE? Jak mogła tak milczeć i nic mi o tym nie powiedzieć. Teraz czuję się winna, że chciałam dać jej podwyżkę.
Nie, to oczywiście nieprawda. Jestem aktualnie w miejscu, gdzie po moim przyjeździe, dość, że będą musiała dać Rosie potrójną podwyżkę to jeszcze jakieś dwa tygodnie urlopu. Ale o czym ja w ogóle myślałam? Przecież tu nie zostanę!
Prawda?
-Totalnie ci odbiła szajba. Muszę poskładać myśli. - wepchnęłam do jego rąk kubek z kawą i zaczęłam chodzić po pokoju w tą i z powrotem.
-W porządku? - zapytał po chwili obserwacji.
-Nie? Nie jest w porządku. Nie pisałam się na tak długą wycieczkę. A jeśli wyjadę po urodzinach, to wyraźnie cię zdemaskuję, a co gorsza, ja również stanę się w ich oczach kłamczuchą. Na dodatek wzięłam ciuchy tylko na trzy dni i nie mam powrotnego biletu do domu!
-Hej. - wstał, podchodząc do mnie bliżej. -Uspokój się. - chwycił mnie za ramiona, mówiąc nostalgicznym tonem głosu. Zaczęłam mieć ochotę na drzemkę. - Po pierwsze, to twój wybór i nie musisz się na to zgadzać. To tylko i wyłącznie twoja decyzja i jakakolwiek ona nie będzie, zrozumiem ją. I nie martw się, na pewno nie dam ci wyjechać stąd z przekonaniem innych, że jesteś kłamczuchą. Po drugie, jestem pewny, że masz ciuchów na conajmniej tydzień różnych atrakcji i uroczystości zważając na ciężar twojej walizki, a po trzecie, bilet do domu jestem ci w stanie zabukować nawet teraz. Jeśli tylko tego chcesz.
Patrzyłam na niego w ciszy. Doceniałam to, że daje mi wolną rękę, ale po chwili uświadomiłam sobie, że nie jesteśmy w krajach arabskich i do cholery jasnej, każdy ma wolną wolę. Przecież nie dałby mi klapsa, gdybym mu się sprzeciwiła. Dobijała mnie perspektywa tego, że nie powiedział mi od razu, ale miał rację. Zapewne wtedy bym się nie zgodziła. Nie miałam pojęcia co mnie czeka, a w tym momencie kiedy byłam już w tym dużym domu, w przepięknym miejscu, ze wspaniałymi ludźmi, skłamałabym, jeśli bym powiedziała, że opuszczę Greenville z uśmiechem na ustach.
Westchnęłam.
-Muszę zadzwonić do Rosie i ostrzec ją przed tobą następnym razem. I podziękować… - pokiwałam głową. - Za to, co dla mnie robi.
-Czyli się zgadasz? - uśmiechnął się szeroko.
-Tak. Ale to musi być naprawdę dobry artykuł.
-Obiecuję, że będziesz miała tylu nowych gości, że nie pozostanie ci nic innego, jak zatrudnić w końcu dodatkowe ręce do pomocy.
-Trzymam cię za słowo.
I choć w tamtej chwili przytulił mnie szczelnie do swojego ciepłego ciała z uśmiechem na ustach, to sama jednak miałam obawy.
W jeden weekend nie da się do kogoś przyzwyczaić. Nie da się zatęsknić, co najwyżej zauroczyć.
Ale czy dwa tygodnie to nie wystarczająco, aby się w kimś zakochać?
Wieczór przyszedł dość szybko. W miarę możliwości pomagałam w przygotowaniach, choć kilka razy dostałam za to mocną reprymendę. W porze przedpołudniowej oczywiście wszyscy zjedliśmy obiad przy jednym stole, co jak zwykle było miłą odskocznią od mojego standardowego trybu życia w pojedynkę. Czułam się o wiele lepiej niż wczoraj i nie wiedzieć czemu, perspektywa tego, że zostanę tu jeszcze trochę czasu sprawiła, że się rozluźniłam i stałam się bardziej otwarta. Wiedziałam, że przez weekend nie musiałam dawać z siebie zbyt wiele, bo nie poznaliby mnie w pełni, ale fakt spędzenia tutaj dwóch tygodni uświadczył mnie, że prędzej czy później, wszyscy dogłębnie poznają moją osobowość a ja poznam ich. Spędzanie ze sobą każdej chwili nie mogło skończyć się inaczej.
Założyłam na siebie granatową sukienkę przed kolano w białe groszki, a do tego dobrałam białe szpilki, kopertówkę w tym samym kolorze i pasującą biżuterię. Dawno nie wyglądałam tak dobrze i zupełnie odzwyczaiłam się od widoku takiej siebie. Przez ostanie kilka lat nie miałam zbyt wielu okazji, żeby ubrać się elegancko i odświętnie, dlatego musiałam przyznać, że wybór ubrań był dla mnie zabawą i niemałym dreszczykiem podekscytowania.
Kiedy zapinałam przednie guziki sukienki, Harry wszedł do pokoju już w pełni gotowy. Miał ma sobie czarne jeansy, wzorzastą koszulę i oczywiście marynarkę ze połyskującymi zdobieniami. Wyglądał tak samo szykownie jak pierwszego dnia, w którym go zobaczyłam.
-Gotowa?
-Tak. - pokiwałam głową z lekkim uśmiechem.
-Wyglądasz przepięknie. - wypuścił powietrze. -Naprawdę przepięknie.
-Dziękuję. - odpowiedziałam, podchodząc do niego. - Bałeś się, że założę sweter i obszerne jeansy?
-W zasadzie teraz byłoby mi wszystko jedno. Myślę, że widok ciebie w tej seksownej koszuli nocnej zostanie mi już w głowie na zawsze więc sweter niczego by nie zmienił.
Zaśmiałam się.
-Widzę, że ta koszula może być niebezpieczna. - flirtując z nim. NIE WIEDZIEĆ CZEMU. - Chyba czas wygrzebać z walizki flanelową piżamę w kratę.
-Nie robiłbym tego na twoim miejscu. - uśmiechnął się i znienacka byliśmy naprawdę blisko siebie, co było nieco dziwne, dziwne i jeszcze raz dziwne, ale co mnie zaskoczyło, również dość naturalne.
-Chodźcie kochani! - tata Harry’ego zjawił się w drzwiach pokoju. Za chwilkę śpiewamy sto lat!
-Już idziemy tato.
Kiedy William zniknął z naszych oczu, dystans pomiędzy nami się zwiększył. Harry wyciągnął do mnie ramię, zachęcając, abym je złapała.
-Zapraszam.
Było dużo życzeń, dużo śpiewania i dużo prezentów. Babcia Elizabeth dziękowała wylewnie każdemu z osobna, częstując przy tym trzema buziakami w policzki i naprawdę mocnym, jak na taką małą babcię uściskiem. Stodoła wyglądała dziś naprawdę przepięknie i byłam w szoku, że coś tak wspaniałego można stworzyć z pomieszczenia zapełnionym sianem i kilkoma drewnianymi belkami.
Ogólnie rzecz biorąc było bardzo dużo gości. Imponująca liczba przyjaciół i znajomych Elizabeth zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie wiem, czy będę mieć kiedykolwiek przy sobie tylu ludzi w całym moim życiu, ale cieszyłam się, że babcia jest tak wielce towarzyską osobą. Poza tym przyjechała też znaczna część rodziny Harry’ego, i choć trudno było mi zapamiętać wszystkie imiona, to jednak starałam się w miarę swoich możliwości.
-I jak ci się podoba pomysł stodoły? - Olivia podeszła do mnie na przyjęciu, podając mi przy okazji kieliszek zimnego szampana.
-Byłam dość sceptycznie nastawiona, ale finalny efekt powala na kolana. Jest po prostu przepięknie.
Zaśmiała się.
-To prawda. Też zastanawiałam się czy robić tutaj wesele. Jednak kiedy spędzasz w tym miejscu już jakąś setną uroczystość to ma się ochotę na zmiany. Ale powstrzymywała mnie ta ciągła tradycja. - prychnęła. - Babcia też bardzo nalegała.
-Widzę, że wszyscy bardzo bierzecie sobie słowa babci do serca i nie chcecie jej sprawiać przykrości.
-Tak. - zgodziła się ze mną. - Chore, prawda?
-Nie. - zachichotałam. - Myślę, że to urocze i niesamowicie dobroduszne z waszej strony. Ona was bardzo kocha i chce dla was jak najlepiej.
-To prawda. Bunia jest specyficzna, ale nigdy nie mogłam jej odmówić. Ona zresztą mnie też nie. I koniec końców, przyjęłam z podniesioną głową perspektywę ślubu w stodole. Myślę, że żałowałabym, jeśli stałoby się inaczej.
-Też tak sądzę. - przyznałam. - To będzie wyjątkowe wesele.
Przypuszczałam, że ta noc nie skończy się zbyt szybko, zważywszy na bezgraniczną werwę i chęć potańcówek osób siedemdziesiąt plus. Nie powiem, cieszyłam tym oczy, ponieważ był to raczej niecodzienny widok. Zresztą były tu osoby w naprawdę każdym wieku i mam wrażenie, że każdy bawił się równie dobrze.
Korzystając z okazji, że Harry rozmawiał właśnie ze swoją kuzynką Janice i jej mężem David’em, postanowiłam iść na chwilę do domu skorzystać z toalety i zadzwonić do Rosie. Pomimo, że dochodziła dwudziesta trzecia, to była jednak sobota, więc na pewno była jeszcze na chodzie. Miałam tylko nadzieję, że nie przeszkodzę jej w jakiś głębszych doznaniach na przykład z… No nie wiem, choćby z Thomas’em?
-Hej! - odezwała się po trzech sygnałach.
-No witam, witam, nie przeszkadzam?
-Nie. Siedzimy właśnie z Thomas’em, oglądamy Orange is the new black i jemy sushi, a ty… Czy właśnie spuszczasz wodę w toalecie? - zapytała, słysząc właściwy dźwięk.
-Tak. - przyznałam. - Wiesz, że zawsze lubię do ciebie dzwonić w toalecie.
-Tak. Zazwyczaj przy czynnościach fizjologicznych.
-Tylko sikałam, daj spokój. Ale zmieńmy temat. - przełączyłam ją na głośnomówiący, ponieważ miałam zamiar umyć ręce. -Masz mi może coś do powiedzenia?
-Hm… Że cię kocham?
-Miło, że to mówisz, ale nie. Nie chodziło mi o to.
-Skoro jesteś taka spokojna, nie krzyczysz, jesteś w dobym humorze i dzwonisz do mnie z toalety a nie z jakiejś leśnej kryjówki to zapewne zostajesz na dłużej.
-Tak, ale dlaczego dowiedziałam się o tym dopiero dzisiaj?
-Jeśli chodzi o mnie, byłem przeciwny! - usłyszałam głos Thomas’a. Uśmiechnęłam się na ten dźwięk.
-Oh, wiesz jaki on jest. Nie miałam wyjścia. Przyłożył mi nóż go gardła. Ty lepiej uważaj na niego w nocy, ostrzegam cię.
-Jesteś tak samo pokręcona jak on. Thomas, jesteś pewny, że chcesz wchodzić w relację z damską wersją swojego przyjaciela?
-Teraz kiedy o tym mówisz, to zaczęłam się nad tym zastanawiać…- mówił zdezorientowany. - Hej! - usłyszałam plask, ale po chwili głośny śmiech. Rosie pewnie go klepnęła w ramię. A może w nogę? A może w tyłek? Kto wie?
-Nie wytrzymam z wami. - zaśmiałam się, wychodząc z toalety. Skierowałam się w stronę werandy i tam też na chwilę pozostałam. W trakcie gdy słuchałam pogadanki Thomas’a z Rosie, patrzyłam w oddali na oświetloną stodołę i ten wspaniały widok, który pomimo, że było ciemno, nie był aż tak ograniczony.
-I co? Odpoczywasz tam trochę? - zapytała znów Rosie.
-Tak. Tu jest naprawdę pięknie i wszyscy są bardzo mili. Naprawdę czuję się jak… - westchnęłam. - W domu.
-To cudownie Lee! Nawet nie wiesz jak się cieszę. Pamiętaj, żeby pozwolić sobie na rozluźnienie i idź z prądem. To co się dzieję w Karolinie Północnej zostaje w Karolinie Północnej. Ty jesteś seksowna, Harry jest gorący, zapewne zaczynacie się już lubić…Daj się ponieść.
Wybuchłam śmiechem.
-Kocham cię, ale nie snuj zbyt dużo historii. Nic się nie wydarzy. Jestem tu, żeby spędzić miło czas i to wszystko. Poza tym… - chciałam powiedzieć, że to wciąż tylko plan, w którym następuje wzajemna wymiana korzyści i nic poza tym, ale przypominając sobie sytuację z pokoju, kiedy staliśmy z Harry’m tak blisko siebie, zaniemówiłam. - Nie ważne. Bawcie się dobrze i nie szalejcie za bardzo. Kocham was!
-My ciebie też!
Rozłączyłam się, uśmiechając sama do siebie. Na chwilę oparłam się o balustradę, ale kiedy usłyszałam męski głos, który dochodził z mojej lewej strony, aż podskoczyłam przestraszona.
-Zawsze tak matkujesz?
Zmrużyłam oczy. Męska sylwetka w rogu werandy była skierowana w moją stronę. Dostrzegłam jedynie zarys twarzy, kurtkę we wzory, jasne włosy i unoszący się w powietrzu dym.
-Kyle? - zapytałam, nie będąc pewna tego co widzę.
-Blisko. - odezwał się znów mężczyzna. W tym samym momencie wstał z ławki i zaczął kierować się w moją stronę. Z każdym kolejnym krokiem odsłaniał coraz więcej. Był strasznie wysoki, szczupły, miał kolczyka w nosie i w uchu, postawione do góry niemalże białe włosy i ten wyraz twarzy… Z jednej strony ostry, a z drugiej łagodny. To było niespotykane połączenie. No i wyglądał prawie jak Kyle.
-Kyle to mój brat.
-Oh. Czyli jesteś z rodziny? - zapytałam głupio. Jakby nie było to oczywiste.
Prychnął z uśmiechem.
-Naturalnie. Ale ty nie jesteś z rodziny.
-Ym, nie. Jestem… - przełknęłam ślinę. - Dziewczyną Harry’ego.
-Hm… Nie. - oznajmił nagle. Zrobiłam zdziwioną minę.
-Słucham?
-Nie jesteś dziewczyną Harry’ego.
Tym razem ja prychnęłam.
-Wybacz, ale widzę cię pierwszy raz w życiu więc chyba wiem lepiej niż ty, czyją dziewczyną jesteś.
-Nie… Nie wydaję mi się.
-Okej… - odpowiedziałam już mocno zdezorientowana. - Może wyjaśnisz mi tę hipotezę?
-Jest dość prosta. Widziałem wiele „dziewczyn” mojego kuzyna. A nawet kilka z nich poznałem. I nie wyglądasz jak one. A już na pewno nie mówisz jak one.
Skrzyżowałam ramiona na piersi, wpatrując się w niego oszołomiona.
-Możesz sprecyzować? Bo nie wiem czy chcesz powiedzieć, że jestem brzydsza, czy może głupsza, mądrzejsza czy cokolwiek tam masz aktualnie w głowie. I o matko, czy to trawka? - ocknęłam się, gdy wyraźnie poczułam zapach tej oto właśnie odurzającej rośliny.
-Jesteś ładna, nie mogę się nie zgodzić. Ale tu nie o urodę chodzi. One też były ładne.
-Okej?
Spojrzał na mnie z niewidoczną dla mnie do tej pory iskierką w oku i zaczął iść w stronę stodoły. Podążyłam więc za nim, bo jakby nie patrzeć, również się tam kierowałam. On dobrze o tym wiedząc, kontynuował swój monolog.
-Powiedziałbym raczej, że twoje grzeczne maniery, elegancki strój i ładny język jakoś nie współgrają ze standardami, z jakimi on kieruje się w wyborze „dziewczyny” jak to nazwałaś.
-A nie pomyślałeś o tym, że czasem człowiek nie podąża tymi samymi ścieżkami całe życie?
-Doskonale o tym wiem skarbie. Sam musiałem zmienić ścieżki kilka razy.
Nie odpowiedziałam nic na te słowa, bo nie wiem jak miałabym rozwinąć tą wypowiedź, a o jego przeszłość pytać nie chciałam, bo w zasadzie znałam go jakieś pięć minut.
-Palisz? - zapytał, podsuwając mi pod nos jointa.
-Aktualnie nie. - odpowiedziałam, za co się przeklęłam w głowie. - To znaczy… Nie.
Historia z tego taka, że kiedyś pozwalałam sobie na używki. Kiedyś, kiedy czułam się samotna, beztroska i nie miałam na głowie żadnych obowiązków. Po jakimś czasie wiele się zmieniło, więc tak. Aktualnie tego nie robię.
-Dlaczego jesteś tu tak późno? - zapytałam, zmieniając temat.
-Miałem swoje powody.
-Acha.
Z przekonaniem stwierdziłam w myślach, że chyba nie będziemy mieć zbyt dużo tematów do rozmowy, a tajemnica, która jest wokół niego owiana raczej nie zostanie przeze mnie odkryta.
Ale też nie po to tu przyjechałam, gwoli ścisłości.
-Skąd jesteś? - zapytał w końcu.
-Z Oakland.
-To tam się poznaliście. - skomentował, ale wciąż słyszałam w tonie jego głosu, że zalatuje nieco sarkazmem, co było dla mnie naprawdę niezrozumiałą sytuacją. Nikt nie zorientował się, że między mną i Harry’m może być coś nie tak. A ten facet wszedł tu znienacka i nagle odkrył wszystkie nasze karty. Musiał znać Harry’ego naprawdę dobrze, skoro tak szybko wyrobił sobie takie, a nie inne zdanie.
-A ty skąd jesteś?
-Właśnie stąd. - uśmiechnął się do mnie, jakby znów przyłapał mnie na głupim pytaniu, na które odpowiedź była oczywista. Zaczynał mnie tym wkurzać.
-Ale od dwunastu lat mieszkam w Malibu. - sprostował.
-To spory kawał czasu.
-Leah! - usłyszałam dobrze mi znany głos. Ze stodoły wyszedł Harry, który był zdziwiony widząc mnie ze swoim kuzynem, ale nie był zdziwiony widząc jego. Zapewne musiał wiedzieć, że przyleci.
-Hej. - powiedziałam, uśmiechając się w jego stronę. Przez chwilę nie wiedzieć czemu, poczułam ogromną ulgę, że go widzę i że ratuję mnie z tej sytuacji.
-Witaj kuzynie. Jakoś skromnie mnie dziś witasz. - oznajmił mój dotychczasowy towarzysz i kompan rozmowy, którego imienia nawet nie znałam.
-Tak. Dobrze cię widzieć. - oznajmił, wykonując tak zwany „męski powitalny uścisk”.
-Dziękuję za tę owocną rozmowę Leah. - zwrócił się tym razem do mnie, posyłając zalotny, aczkolwiek nieco diaboliczny uśmiech. - Czas się przywitać z babcią.
Kiedy odchodził, patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. Musiałam przyznać, że dawno nie spotkałam tak groteskowej, nietypowej i dość interesującej postaci.
-W porządku? - zapytał Harry troskliwym głosem.
-Tak. - pokiwałam głową.
-Colton! - usłyszałam głos babci, kiedy weszliśmy do stodoły. - Tak dobrze cię widzieć syneczku!
Elizabeth z radością utuliła swojego wnuka.
Colton. Właśnie tak miał na imię.
-Wszystkiego najlepszego babciu! Przepraszam za spóźnienie.
-Nic się nie stało skarbeczku! Cieszę się, że jesteś. A gdzie Violet? Miałam nadzieję, że ją dzisiaj zobaczę! Tak bardzo rozświetliłaby to przyjęcie!
Cóż, o babci Elizabeth można było powiedzieć jedno. Uwielbiała dziewczyny swoich wnuków. Z tego co zauważyłam, Violet chyba najbardziej.
-Musiałem zostawić ją w Malibu, ale nie martw się. Dołączy do nas przed weselem.
-To wspaniale. Chodź kochany, opowiadaj, co u ciebie…
I w zasadzie tyle udało mi się usłyszeć, bo babcia i Colton odeszli w stronę szwedzkiego stołu i barku z alkoholem.
Zapowiadała się naprawdę długa noc.
Przez chwilę zapomniałam, że czeka mnie jeszcze czternaście takich nocy.
I wbrew pozorom, byłam z tego powodu naprawdę uradowana.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz